wtorek, 27 czerwca 2017

7. "- Brakowało mi takich wieczorów.. - Mi brakowało ciebie..."

         Sebastian spędził ze mną cały weekend. Mateusz również postanowił pobyć ze mną w domu. Rodzicie byli prze szczęśliwi, rzadko zdarzało się to, byśmy oboje byli w domu na raz i nie były to akurat święta. Mama krzątała się w kuchni, żeby upichcić same pyszności, które to niby mieliśmy zjeść, a były ich niezliczone ilości, przynajmniej dla mnie samej, bo chłopcy wciągnęli wszystko w kilka minut, pozostawiając mi jedynie resztki naleśników, rogalików z marmoladą, ciasta porzeczkowego, pierogów i najlepszej pod słońcem jajecznicy. Tato natomiast w sobotę wyciągnął nas na mecz częstochowskiej drużyny młodzieżowej, której był wielkim kibicem. Mama nie raz opowiadała, jak to chodził na ich treningi, by poodbijać sobie z nimi piłkę czy nauczyć czegoś młodych rozgrywających. Nie zdziwię się, jeśli kiedyś zostanie trenerem i zaprowadzi ich na szczyt Plusligi. Poczułam się małą dziewczynką, taką jaką byłam te kilkanaście lat temu, gdy dopiero co poznawałam tatę, gdy urodził się Mateusz, gdy w moim życiu pojawił się Sebastian i Oliwer. Spodobało mi się to. Od tak dawna liczyła się tylko dla mnie siatkówka, że straciłam lata młodości, gdy mogłam być tylko i wyłącznie dzieckiem, kiedy nie było jeszcze problemów.
         - Winiarscy robią dziś imprezę imieninową, jak się dowiedzieli, że jesteś w domu, to kazali Antkowi przekazać, że muszę cię zabrać ze sobą - Mateusz wparował do mojego pokoju tydzień później, w sobotnie popołudnie, kiedy czytałam jedną z dawno odkładanych książek. Najpierw zakręcił się obok moich medali, dyplomów i statuetek, potem przysiadł na wielkiej pufie z motywem piłki do siatkówki i tam już został. - Ostatnio tylko siedzisz w tej swojej norce... - miał rację. Od tygodnia nie robię nic, nie zajmuję się znalezieniem sobie miejsca w jakimś zespole w Polsce, by kontynuować karierę. Stanęłam w miejscu, olewam nawet studia, gdzie i tak wszyscy idą mi na rękę. - Będziesz miała okazję poznać moją Oliwię! 
       - To chyba nie jest dobry pomysł, będzie tam pewnie tylko rodzina, znajomi, a ja nie zaliczam się do żadnej z tych grup -  lubiłam rodzinę Winiarskich, jednak nie chciałam się spotkać ze starszym z braci, który niewątpliwie byłby na miejscu.
          - To najlepszy z możliwych pomysłów. Rodzicie mają być gotowi na siedemnastą, ty tak samo. Rozumiemy się? - podniósł się z miejsca i podszedł do drzwi.
          - Czy ja mam coś do powiedzenia w tym domu? - zrezygnowana powiedziałam sama do siebie, Mati zbiegał już po schodach. Wychodzi na to, że nie ma ucieczki przed Oliwierem, już zawsze będę na niego skazana, chociażby przez pryzmat przyjaźni naszych rodziców, naszych braci, czy chociażby tego, że mieszkamy kilka domów od siebie. To niewątpliwie ciekawa perspektywa. Nie uwolnię się od ciebie, Oliwierze Winiarski, choć tak mocno bym tego chciała, nie ma na to sposobu. 
          Niechętnie zeszłam na dół, mama akurat robiła obiad, taty jak zwykle nie było, w końcu ostatni mecz przed świętami grała dziś częstochowska drużyna, Matusza też nigdzie nie było, więc nie musiałam długo rozmyślać nad tym, że pewnie są razem na hali. Z lodówki chwyciłam jogurt pitny, ubrałam się w ciepłe buty i kurtkę i wreszcie wyszłam z domu. W końcu jeśli mam się pojawić na tym przyjęciu, muszę kupić jakiś prezent dla Winiarskich, ale i poszukać dla siebie sukienki. Jakoś w końcu wyglądać trzeba. Częstochowa bardzo zmieniła się przez te kilka lat, gdy mieszkałam we Włoszech, a tu byłam tylko gościem. Niegdysiejsze obdrapane kamienice znów odzyskały swój dawny blask. Powstały też nowoczesne przeszklone budynki zarówno mieszkalne, jak i biurowe czy handlowo-usługowe. Po sukienkę wybrałam się jednak do sprawdzonego sklepu, który razem z mamą upatrzyłyśmy przed kilkoma laty. Wybór padł na tradycyjną małą czarną ze srebrną kokardką w pasie. Elegancko i odpowiednio do okazji. Jako prezent dla Winiarskich kupiłam dobrą butelkę wina. 
           Po powrocie do domu mama chciała wepchnąć we mnie dwudaniowy obiad, jednak nie miałam ochoty nawet na zupę, którą ledwo co w siebie wmusiłam. Wymigałam się wieczorną kolacją. Poszłam do siebie, stanęłam na środku pokoju na przeciw dużego lustra. Zobaczyłam wychudzoną, wysoką dziewczynę z podkrążonymi oczami, wyblakłym spojrzeniem, ubraną w szary dres i z włosami spiętymi w wysokiego koka. Zmieniłam się przez ostatnie miesiące. Nie przypominam już tej dziewczyny, która radośnie uśmiecha się do mnie z fotografii zrobionej na studniówce. Wtedy było inaczej. Cieszyłam się życiem nastolatki, nie miałam poważnych problemów, realizowałam swoją pasję. On robił dokładnie to samo, tyle że z daleka ode mnie. Tego wieczoru również pojawił się na mojej studniówce. Inna dziewczyna ze szkoły zaprosiła go. Nie spodziewał się tam mnie, bynajmniej zdziwienie na jego twarzy za tym przemawiało. Chyba zawsze już będzie gdzieś w pobliżu mnie, nie da mi spokoju... Dobrze że to tylko przeszłość... Zrezygnowana położyłam się na łóżku, zamknęłam oczy. Oliwier Winiarski - moje przekleństwo, zmora mojego dzieciństwa, moja nastoletnia miłość. Uśmiech sam wkroczył na moją twarz. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek przestałam go kochać. Na pewno 6 lat temu go znienawidziłam, przez niego wyjechałam z kraju, jednak wcześniej potrafiłam go kochać, więc... 
         - Olimpia, jest szesnasta! Wstawaj! - mama wparowała do mojego pokoju z włosami zawiniętymi w ręcznik, na całe szczęście, bo inaczej spałabym dalej. - Za godzinę masz być gotowa.
        Pierwszym zadaniem był szybki prysznic, potem suszenie włosów, na całe szczęście wyglądały ładnie rozpuszczone, więc nie musiałam się z nimi męczyć, by wyglądały odpowiednio. Kolejno wyciągnęłam swoją kosmetyczkę, którą przechowywałam w pokoju w szafce obok łóżka, zawsze na wszelki wypadek musiałam mieć tu zapasową. Uważnie patrząc w lustro, ukryłam oznaki zmęczenia ze swojej twarzy, podkreśliłam niebieskie oczy, poszarzałe pod wpływem problemów. Usta przeciągnęłam czerwoną szminką i błyszczykiem. Spryskałam się ulubionymi perfumami. Założyłam sukienkę, ciemne szpilki, chwyciłam małą kopertówkę oraz ciepły czarny płaszcz z szafy i przed osiemnastą stanęłam przed drzwiami wyjściowymi. Mamę słychać było jeszcze z łazienki, tato siedział w przedpokoju gotowy do wyjścia. W końcu wreszcie opuściliśmy nasz dom, tato dokładnie zamknął drzwi, a mama panikowała, że się spóźnimy. Wzięłam ich oboje pod ramię i ruszyłam z niepokojem w stronę domu Winiarskich. To będzie ciekawy wieczór.
       Gospodarze przywitali nas serdecznie, od razu zaprosili do salonu i przedstawili osobiście reszcie swoich gości, poznałam siostrę Pana Michała, jej męża i dwóch zabawnych bliźniaków, ich synów, następnie kolej przyszła na rodziców Pani Dagmary oraz jej teściów. Nie mogło również zabraknąć rodziny Wlazłych, która przyjaźniła się od lat z Winiarskimi. Na samym końcu poznaliśmy jeszcze znajomych domowników. Teraz już wiem, dlaczego stół w salonie Winiarskich jest taki duży. Odkąd pamiętam stał taki duży, a ja zawsze dziwiłam się jego ogromnej posturze. Zaraz po nas zjawił się Mati, przedstawił wszystkim swoją dziewczynę Oliwię i wreszcie usiadł z nią obok mnie, bym i ja mogła ją poznać. Zaraz obok nich siedział Antek ze swoją Gosią, z kolei obok mnie było wolne miejsce. Gdy zorientowałam się, że Oliwiera jeszcze nie ma, zdałam sobie sprawę, że będę na niego skazana nawet przy stole. Odśpiewaliśmy głośne "sto lat" na cześć mamy Antka i Oliego, ponieważ to ona dziś świętowała, następnie ugoszczeni zostaliśmy pierwszym daniem. Źle się poczułam, dlatego przeprosiłam wszystkich i poszłam do toalety na parterze, bywałam w tym domu naprawdę często, więc nikt nie musiał mnie nigdzie prowadzić. Otworzyłam tam okno, odetchnęłam zimnym powietrzem i wszystko było w porządku. Wychodząc, usłyszałam pukanie do drzwi. Bez zastanowienia podeszłam i otworzyłam je, jednak od razu pożałowałam tego. 
          - Olimpia?
      - Niestety... Twoi rodzice czekają, na pewno będą szczęśliwi, że udało ci się wpaść - odwróciłam się, jednak pociągnął mnie za łokieć. W głowie pojawił mi się obraz Simone nie pozwalającego mi wyjść z mieszkania we Włoszech. Oliwier zauważył zmianę mojego wyrazu twarzy.
         - Przepraszam... - puścił mnie. - Wyjdziemy? Chciałbym porozmawiać...
       - Później... Teraz rozbieraj się i przywitaj się z rodzicami, na rozmowę przyjdzie czas - poczekałam na niego i razem weszliśmy do salonu.
       - O proszę, nasza para siatkarzy! - ucieszył się pan Michał. - Patrzcie kogo to nam tu Olimpia przyprowadziła! - w pomieszczeniu rozległ się entuzjazm z powodu przybycia Oliwiera.
           - Ja mu tylko otworzyłam drzwi... - uśmiechnęłam się do wszystkich, czując rumieńce na policzkach i zasiadłam na swoim miejscu, czekając tylko na moment, w którym usiądzie obok. Przywitał się serdecznie z rodziną, przybił piątkę z Antkiem i Matim, w końcu usiadł niepewnie obok. - Nie bój się, nie zrobię ci nic, nie gryzę przecież - szepnęłam cicho, siląc się na uśmiech.
         - Dopóki nie jest się z tobą w łóżku - uśmiechnął się szerzej, na co ja odwróciłam głowę. Nie chcę tego pamiętać. Oliwier natomiast położył dłoń na moim udzie, cały czas się uśmiechał. Zapewne większość z obecnych wie, że przyjaźniliśmy się, więc nasze uśmiechy nie były niczym dziwnym, a tego co dzieje się pod obrusem już nikt widzieć nie mógł.
         - Olimpio, jak ci tam we Włoszech? Zadowolona? Kiedy kolejny pojedynek? - niezręczną dla mnie sytuację przerwał tato mojego "przyjaciela".
       - Szło - poprawiłam go. - Od przyszłego sezonu chcę grać w Polsce, do Włoch już nie wracam, rozwiązałam kontrakt, zerwałam wszystkie znajomości i zaczynam wszystko od nowa tutaj - dłoń chłopaka zacisnęła się mocniej na mojej nodze, przez co wzdrygnęłam się lekko. - Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli - młody Winiarski zabrał rękę. Uśmiechając się do wszystkich, zobaczyłam, że jego niewyraźne dotąd oczy rozjaśniły się. To nie mogło wróżyć niczego dobrego. Nie wiedziałam do końca czy chcę tego, co pojawiło się zapewne w jego głowie.
         - W takim razie powodzenia! Wypijmy za jej karierę w Polsce! - no tak, polski zwyczaj picia za wszystko, za co się tylko da. Ale nie zraziło mnie to, wręcz przeciwnie byłam wdzięczna Winiarskiemu seniorowi, że zaczął ten temat, mogłam wreszcie wszystkim powiedzieć o swoich planach i sama się do nich przekonać.
       Siedząc przy stole czułam się naprawdę dobrze, Antek z Matim oraz z bliźniakami opowiadali śmieszne historie, razem z dziewczynami zaczęły w końcu boleć nas brzuchy. W końcu jednak młodsze towarzystwo przeniosło się na górę, zostaliśmy z Oliwierem sami, oczywiście wokół było pełno ludzi, jednak zajęci byli oni rozmowami o polityce, o życiu w naszym kraju czy o sporcie. Znudziło mi się siedzenie w ciszy panującej między mną i Winiarskim. Ja sączyłam zimną już herbatę, on wpatrywał się w mój prawy profil. Grzecznie odpowiadałam na pytania skierowane do mojej osoby, niekiedy sama wtrącałam się do dyskusji panującej przy stole, bo nie chciałam czuć się źle. Oliwier wstał w końcu od stołu, wyszedł z salonu tak, że straciłam go z oczu. Ciekawiło mnie to, gdzie poszedł, szczególnie z powodu jego dzwoniącego telefonu. Pewnie jakaś panienka się do niego dobija, zawsze miał powodzenie, więc nie zdziwiłabym się, gdyby dzisiejszą noc spędził poza rodzinnym domem. Wkurzył mnie, choć nie powinien. Zdenerwowana podniosłam się z miejsca i ruszyłam przewietrzyć się na zewnątrz. Winiarscy w porównaniu do nas mieli sporo większą działkę, a co za tym idzie również i ogród oświetlony gdzieniegdzie małymi lampkami. Kiedy Mateusz był mały często przychodziliśmy bawić się tutaj z Antkiem w domku na drzewie. 
            - Wiedziałem, że tu przyjdziesz... - czyjś szept dotarł do moich uszu, jedna ręka objęła mnie w pasie i pociągnęła do tyłu, druga dłoń zakryła mi oczy.
         - Ratunku! - wystraszona zaczęłam krzyczeć, nie wiedząc, kto jest za mną. Byłam zbyt zdezorientowana, by rozpoznać głos.
            - Cicho, głupia, zaraz się tu wszyscy zlecą, jak się będziesz tak darła - Oliwier dosadnie dał mi do zrozumienia, że to on. - Spokojnie, to ja... - przyciągnął mnie bliżej siebie. - Pięknie pachniesz - trącił nosem moje włosy na szyi. - Tak samo również wyglądasz.
        - Skąd ta pewność, że przyjdę akurat tu? Mogłam przecież iść do domu, jest blisko - ominęłam temat jego komplementów, odwracając się twarzą. 
        - Intuicja... Jak widać, nie pomyliłem się. Jesteś tu przede mną. Wkurzona na mnie. Obserwowałem cię odkąd wyszłaś i musisz przyznać mi rację, że jesteś na mnie zła... 
          - Jestem i co z tego? - wyrwałam się i z założonymi rękami odeszłam kilka kroków. - Już dawno nie miałam styczności z tym, ile panienek na ciebie czyha... Całe moje liceum miało na ciebie chrapkę...
           - To nie była żadna panienka - usiadł na drewnianej ławce.
           - Nie obchodzi mnie kto... - skłamałam.
       - Zostaję w Częstochowie do szóstego stycznia, w tej sprawie dzwonił trener ZAKSY, Świderski -  chcąc nie chcąc uśmiechnęłam się sama do siebie. - Dlaczego wtedy uciekłaś? Szukałem Cię, dzwoniłem do wszystkich... -  poczułam się dziwnie, było mi głupio. Podszedł do mnie, stanął za moimi plecami, czułam jego ciepły oddech. - Wariowałem, nie wiedząc co się z tobą dzieje. Uspokoiłem się dopiero, gdy Mateusz powiedział mi, że wróciłaś do Włoch. Wróciłaś do niego, prawda?
           - Oliwier...
     - Odpowiedz! - odwrócił mnie gwałtownie do siebie. Trzymał mocno za ramiona, przenikając niebieskimi tęczówkami.
         - Wróciłam tam, żeby z nim zerwać! - wykrzyczałam prosto w jego twarz. - Ale on nie chciał mnie puścić... Musiałam uciekać z tym, co miałam na sobie i w torebce. Zrobiłam to, bo zrozumiałam, że go nie kocham... Zobaczyłam, jakim jest człowiekiem... - wszystko wróciło do mnie jak bumerang. Moje zdziwienie, późniejsze przerażenie. Krzyk, ból, poniżenie... Łzy spłynęły po moich policzkach. Winiarski nie był obojętny. Zamknął mnie w swoich ramionach, delikatnie kołysał nami, bym się uspokoiła. 
            - Chodź ze mną do środka, zmarzłaś...
            - Nie chcę wracać i psuć wszystkim udanego wieczoru swoim nastrojem i wyglądem.
       - Nie powiedziałem, żebyśmy wracali do gości - uśmiechnął się do mnie delikatnie, chwytając za policzki. - Wyglądasz pięknie - otarł moje łzy. - Proponuję mój pokój, wino i dobry film, później odprowadzę cię do domu. Zgoda? 
            - Zgoda - uśmiechnęłam się.
          Do domu weszliśmy przez garaż, by nie rzucać się w oczy. Oliwier z kuchni chwycił dwie lampki, korkociąg i butelkę wina, potem poszliśmy na górę. Z pokoju Antka słychać było śmiechy naszych braci, bliźniaków i dziewczyn. Królestwo Oliwiera było lekko odizolowane, na samym końcu korytarza. Weszłam pierwsza, mężczyzna za mną. Zamknął za sobą drzwi, gdy ja podeszłam do jego wielkiego dwuosobowego łóżka. Przy wzroście ponad dwa metry nie zdziwiła mnie wielkość tego mebla. Pod komodą leżała jego wielka torba podróżna, regał cały zapełniony był siatkarskimi trofeami, wyróżnianiami, medalami i dyplomami. Błękit ścian i ciemny brąz mebli były charakterystyczne tylko dla tego miejsca. Zdjęłam szpilki, płaszcz położyłam na fotelu. Położyłam się na łóżku, zamknęłam oczy. Czułam się tak, jakbyśmy cofnęli się wstecz o sześć lat. Usłyszałam muzykę z "Jasia Fasoli", którego to oboje uwielbialiśmy. Z uśmiechem otworzyłam oczy i zobaczyłam go leżącego obok mnie na boku z lampką wina w dłoni. Wzięłam od niego swoją. Winiarscy to jednak przystojni są.Oglądaliśmy film, śmieliśmy się oboje, jednak co chwilę łapałam się na tym, że patrzę w jego stronę, że natrafiam na jego wzrok.
           - Brakowało mi takich wieczorów... - podniosłam się, kiedy film się skończył. - Będę się chyba zbierać.
           - Mi brakowało ciebie... Zostań, proszę... - dotknął mojego ramienia.
            - Ale...
       - Przebierz się w którą tylko chcesz z moich koszulek, a ja idę odnieść butelkę, zaraz wracam - nie wiem, czy robię dobrze, ale chcę zostać. Wstaję z miejsca, wypity dzisiejszego dnia alkohol w połączeniu w emocjami biorą górę nad moim organizmem, czuję się zmęczona. Przebieram się jednak w jedną z jego białych koszul. Podchodzę jeszcze do okna, spoglądam na zasypiające osiedle. - Nie myślałem, że postawisz na akurat taką, ale podoba mi się - zaśmiał się, rozpinając swoją koszulę. Alkohol zbyt mocno panował nad moim rozumem. Pozwolił mi wejść pod kołdrę, położyć się na plecach i czekać na niego.
        - Nie wolałbyś być teraz z jakąś ładną panienką i dobrze się zabawić? A nie z upitą dziewczyną ze swojej przeszłości, która do tych wszystkich laluń w ogóle nie jest podobna?
        - Jestem z najpiękniejszą kobietą i wystarczy mi samo patrzenie na to, jak słodko przygryza właśnie wargę...


                                      ~*~

Witajcie! 
Dzisiaj jestem tylko ja, Dzuzeppe, ponieważ z Maniek nie mogę się skontaktować, żeby namówić ją na kilka słów do Was, ale jak tylko się odnajdzie w internetach, to pewnie tu zajrzy :D
Jestem prze szczęśliwa tym, że pojawia się tu kolejny rozdział i tym, że jednak ktoś jeszcze pamięta tę historię. <3 To daje mi potężnego kopa, żeby jak najszybciej to napisać :D
Jest jeszcze coś innego... Otóż kilka dni temu byłam na koncercie Coldplay i olśniło mnie :D 
Może ktoś z was również był? To było jedno z moich największych marzeń i spełniło się, także trzeba mieć marzenia i w nie wierzyć.
Co sądzicie o tym, co dziś Wam przedstawiam? 
Zadowoleni? Czy może zniesmaczeni? Olimpia i Oliwier nabroili?
Całuję Was wszystkich :* ;*
Do zobaczenia następnym razem!
Zapraszam Was na moje gg 15696793 z wielką chęcią z wami porozmawiam!



sobota, 17 czerwca 2017

6. " - Nie jestem już z Simone... - Wreszcie Oluś, wreszcie..."

        Kilkanaście godzin w samochodzie odbiło się na moim stanie fizycznym, jak i  tak samo na psychicznym. Nie radzę sobie z niczym, co postanowił postawić na mojej drodze los. Nie mogę patrzeć na siebie nawet w lusterku samochodowym, jednak jestem do tego zmuszona, muszę przecież bezpiecznie prowadzić, dotrzeć do domu. Tylko tam być może uda mi się pozbierać myśli, poradzić sobie z tym wszystkim, co działo się przez ostatni czas. Co ja najlepszego narobiłam? Gdybym... gdybym nie pozwoliła zabrać się do Polski, nic by się nie wydarzyło, nie miałabym tylu problemów, które pojawiły się właśnie teraz, przede wszystkim nie znienawidziłabym mężczyzny, którego myślałam, że kocham. Życie to jedno wielkie bagno, inaczej nie da się tego wszystkiego określić. Mówią, że życie to największy dar, jednak co mi po tym wszystkim, co niby jest dla mnie dobre, skoro najpierw czeka na mnie ból, którego niekiedy nie da się już znieść, który wbija nóż w samo serce. Takie jest własnie życie, przede wszystkim sprawia ból, ale kto by się tym przejmował, każdy myśli tylko sobie. Z życiowych rozterek wyrywa mnie dźwięk dzwonka. Modlę się, aby to nie był Simone, bo nie mam ochoty na kolejne kłótnie z nim. Nie chcę z nim rozmawiać... nie chcę go znać.
     Nie odbieram telefonu, pomimo nachodzących mnie kolejnych połączeń. Boję się sprawdzić, kto chcę się ze mną skontaktować, bo jestem pewna, że ktokolwiek by to był, miałby do mnie jakieś niezrozumiałe pretensje. W końcu tylko to ostatnio słyszę, każdy ma mi coś do powiedzenia, czego nie chciałabym słyszeć. Jednak ten dźwięk jest przeraźliwie drażniący, chociaż jest nim Black to black, to mam ochotę wyrzucić telefon przez szybę i jechać spokojnie dalej. Decyduję się zatrzymać na najbliższej stacji benzynowej. Idę zakupić kawę, która w pierwotnym zamiarze miała mnie postawić na nogi, jednak sprawiła, że jestem bardziej ospała. Mimo wszystko siadam do samochodu i spoglądam na wyświetlacz telefonu, gdzie widzę około 20 nieodebranych połączeń. Nie jest mi dane sprawdzić, kto jest tak nachlany, bo dostaję połączenie od Sebastiana.
         - Hej...
         - Czemu nie odbierasz?! Jestem już w drodze na lotnisko! - krzyczy mi do słuchawki tak, że od razu odsuwam telefon od uszu i czekam aż przestanie krzyczeć.
          - Nie mogłam odebrać... - wreszcie dochodzę do głosu.
        - Przez prawie godzinę? Na treningu powinnaś być, a nie! - znów to samo. Nie ma to jak wydrzeć się na Olimpię, przecież to sprawia ogromną przyjemność!
         - Ale nie jestem, bo wracam do Polski - czuję pierwsze łzy spływające po policzkach.
     - Ale jak to do Polski? - jest cholernie zdziwiony, ale ja sama też jestem, że się na to zdecydowałam.
          - Normalnie. Jak każdy człowiek. W moim przypadku samochodem. Więc nie musisz się fatygować do Włoch, będę za kilka godzin w Polsce.
         Rozłączyłam połączenie, rzuciłam telefon na siedzenie obok i starałam się skupić na drodze, która momentami wydawała się naprawdę trudna, szczególnie wtedy, gdy po moich policzkach ciekły łzy, a oczy były od nich napuchnięte. Nie chcę przecież od życia wiele, nie chcę ogromnych pałaców, wersalskich ogrodów, basenów i księcia z bajki. Chcę tylko odrobinę szczęścia, które mnie spotka i zostanie na dłużej, nie zostawi po kilku godzinach, nie będzie tylko moim złudzeniem. Wszyscy wokół odnaleźli swoje miejsce na ziemi, każdy z nich ma przy sobie osobę, którą kocha. Rodzice mają siebie, Sebastian Magdę, Mateusz też jest już od dłuższego czasu z jedną dziewczyną, niektóre dziewczyny z mojej byłej drużyny miały już nawet dzieci, a ja jestem odrzutkiem, nawet będąc z Simone nim byłam, po prostu nie pozwalałam, żeby słowa innych do mnie docierały. Wszystko przelatywało przez moje myśli bez żadnego odzewu. Byłam zamknięta w tamtym świecie...
          Szwajcarskie drogi zaskakiwały masą zakrętów, które jakoś musiałam pokonać. Drogi prowadzące zboczami gór, gdzie wokół nie było niczego, były idealnym miejscem dla mnie. Mogłam włączyć muzykę na cały głośnik i nikomu nie przeszkadzać. Równie swobodnie co ja mogły czuć się płynące po moich policzkach łzy. Nic nie było w stanie ich zahamować, więc zaprzestałam ciągłego ocierania ich mokrym już rękawem. Nie byłam w stanie nawet dobrze widzieć drogi. Musiałam się zatrzymać. Sama. Na pustkowiu. W odpowiednim dla siebie miejscu. Moje myśli odbiegły od tego miejsca, powędrowały za to w miejsce, gdzie pragnęłabym być. Zaczęłam myśleć o Olim, o tych wszystkich dziecinnych przykrościach, które mi wyrządził, o rudych włosach, pozdzieranych kolanach po treningach, paście we włosach na każdym obozie, siniakach po jego mocnych zbiciach. Patrząc na to z perspektywy czasu dziwię się sobie, że mu się nie potrafiłam postawić. Ale nawet teraz z pewnością zrobiłabym wszystko, byleby poczuć się szczęśliwa, a tak niewątpliwie się przy nim czułam. Doskonale pamiętam moment, w którym zabrał swoją walizkę i wyszedł z mojego domu. Byłam smarkulą, a mimo to płakałam za nim, jakby powiedział mi, że z nami koniec, że odchodzi, że nie mnie kocha, a przecież nigdy nie powiedział nawet, że kocha. Za dużo myślę, zdecydowanie za dużo myślę!
          Zatrzymuję się na poboczu, nie mam siły. Ani na dalszą jazdę, ani rozmyślanie nad bezsensem życia. Opieram głowę na kierownicy, zamykam oczy. Znów pojawiają mi się przed oczami obrazy sprzed kilku godzin, gdy Simone... Nienawidzę go! Te kilka godzin temu dla mnie umarł, nie ma go i nie będzie. Powoli dochodzę do siebie, w tym czasie minęły mnie trzy samochody, jedyne, jakie spotkałam przez całą drogę. Ale cóż w tym dziwnego, górska droga, noc i ja pędząca z jednego piekła do drugiego. Chociaż... Polska to mój dom, to najlepsze chwile mojego dzieciństwa, to rodzicie, Mateusz, Sebastian i... Oliwier. Jego teraz brakuje mi najbardziej. Wiele razy pamiętam, jak mimo całej złości, którą do siebie żywiliśmy, w trudnej chwili to on potrafił najlepiej podnieść mnie na duchu. Ostatnio zrobił to pięć lat temu. Mój były chłopak okazał się dupkiem, za moimi plecami kręcił z inną panną, rodzicie byli blisko rozstania się, kłócili się bez przerwy, a mnie czekał najważniejszy w życiu wybór, czy chce wyjechać i grać we Włoszech czy nadal gnić w polskim zespole. Spotkaliśmy się wtedy z Olim w Spale, ja przyjechałam tam na badania, on trenował z kadrą B, świat dopiero zaczynał go poznawać. Widzieliśmy się wtedy po raz pierwszy odkąd bylismy na tej samej imprezie, do tej pory unikaliśmy siebie nawzajem. Oboje byliśmy zaskoczeni swoją obecnością. Udało się jednak spędzić ze sobą w normalny sposób czas. Poświęcił mi nawet swój wolny czas, który powinien spędzić z rodziną w Częstochowie, gdzie czekała na niego pewnie i dziewczyna. Zostaliśmy praktycznie sami w całym ośrodku, gdzieniegdzie plątali się tylko lekkoatleci. Doskonale pamiętam ostatnią noc, którą początkowo spędziliśmy na balkonie mojego pokoju, popijając piwo z pobliskiego supermarketu. Wtedy wypiłam go zdecydowanie za dużo i stało się. Przespaliśmy się ze sobą. Drugi raz zrobiliśmy to będąc kompletnie pijani. Gdy się obudziłam, miałam dwie myśli. Jedna kazała mi zostać przy nim, wtulić się w umięśnione ramię i z powrotem zasnąć, druga paląca ze wstydu kazała uciekać jak najdalej. Mimo wszystko nie żałowałam tego, co się stało.
         Wtedy uciekłam. Teraz robię to ponownie, lecz z innego powodu i od innej bliskiej mi osoby, która już dla mnie umarła. Oliwier mnie nie skrzywdził, to raczej ja go skrzywdziłam. Odeszłam nie zostawiając żadnego słowa wyjaśnienia, a on tamtej nocy traktował mnie wyjątkowo, jak najwartościowszy klejnot, jak kogoś, kogo się kocha... Nie ważne, czas ruszyć w dalszą podróż. Podnoszę głowę z kierownicy, przekręcam kluczyk i ruszam tam, gdzie moje miejsce, do Częstochowy. Przez całą dalszą drogę telefon dzwonił tylko raz. Mama chciała się dowiedzieć, co się dokładnie stało, jednak przekonałam ją, że to nie jest rozmowa na telefon. Nie chcę nikomu mówić o tym, co zrobił mi Simone, to pozostanie tajemnicą. Powoli dopadało mnie zmęczenie, coraz częściej mrużyłam oczy, jednak tablica oznajmująca, że jestem już w Częstochowie od razu mnie ożywiła. Zatrzymałam się pod domem rodziców, w przednim lusterku starałam się ukryć sine, podpuchnięte oczy i wreszcie ruszyłam z torbą podróżną do domu. Jak się okazało w domu był tato i zestarzały już Franek, który pomerdał ogonem na mój widok i wrócił do wylegiwania się na kanapie bez ruchu. Przywitałam się ze zdziwionym ojcem, informując, że zarówno sprawa we włoskim zespole, jak i związek z Simone są już skończone. Zaskoczenia na jego twarzy wcale mnie nie dziwiło, nawet uśmiech po wiadomości o rozstaniu z Włochem mnie nie zdziwił. Tato nigdy go nie trawił. Spytał tylko, co teraz z moją karierą, jednak na to mu nie potrafiłam odpowiedzieć. wzięłam swoje rzeczy i poszłam na górę. Po drodze dostałam jeszcze SMS'a od Sebastiana, że będzie za godzinę u mnie i że musimy porozmawiać. Z tą myślą weszłam do pokoju i położyłam się na łóżku. Nie wiem nawet kiedy, ale zasnęłam. 
         - Oli, mała, jestem już. Ciii... - Obudziłam się cała rozpalona i przerażona w ramionach Sebastiana, który uratował mnie przed Simone, który nawiedził mnie w koszmarze. Gonił mnie, a ja nie mogłam uciec, stałam w miejscu, choć z całych sił chciałam biec. Mocno wtuliłam się w Ignaczaka, rozpłakałam się. Dopiero teraz dotarło do mnie to wszystko co się stało, zaczęłam się brzydzić własnego ciała. - Oli, co się stało we Włoszech?
         - Nie chcę o tym rozmawiać - wykrztusiłam z siebie, odwracając się do niego plecami. - Nie jestem już z Simone...
       - Wreszcie Oluś, wreszcie... - Położył się obok i mocno przytulił. Zawsze wiedział, kiedy mnie po prostu przytulić i o nic nie pytać, znał mnie jak mało kto. Był przy mnie. Jak prawdziwy przyjaciel.


                                                                            ~*~



Maniek: Cześć! Któż to wrócił na bloga? Dwie piękne panie, które zmyły się na 2 LATA! 
Przyznać się! Jest tu ktoś, kto był z nami dwa lata temu i kontynuuje opowieść? :) 
Nie wiem jak wy, ale ja stęskniłam się za blogowaniem i Dzuzeppe z pewnością podzieli moje zdanie ;) Czy jest sens tłumaczyć się z naszej nieobecności? Nie wydaje mi się, każdy czasami potrzebuję przerwy, nawet mogę pokusić się o cytat "Nothing in this world happens without a reason", co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że nic nie dzieje się bez przyczyny i tak było w naszym przypadku :) Osobiście, wypaliłam się, nie miałam najmniejszej ochoty na pisanie, ale przerwa bardzo dobrze na mnie wpłynęła i wracam z nowymi pomysłami! Mam nadzieję, że zostaniecie tutaj na dłużej i chętnie będziecie czytać nasze opowieści, których może pojawić się wiecej na naszych profilach :)

Dzuzeppe: Witam Was moje drogie, jeśli jeszcze któraś z Was tu zajrzała! <3 Nie było nas tu ogrom czasu, jednak ta historia nie umarła w naszych głowach i sercach. Co więcej, to nie jest jedyny rozdział, który się tu pojawi. Mogę was zapewnić, że nie próżnowałyśmy przez ostatnie tygodnie i mamy trochę zapasu i mam nadzieję, że uda nam się Was nie zawieść. Pamiętajcie, że to co jest w nas nie umrze nigdy, może jedynie na chwilę się uśpić, ale z czasem obudzi się ze wzmożoną siłą! :D Razem z Martą postaramy się, żeby w naszym przypadku tak właśnie było :D
Do następnego Robaczki! <3

wtorek, 28 lipca 2015

5. "Simone, co się z nami dzieje?"

      Włochy. Kraj słońca, ciepła, spowolnienia płynącego czasu, lenistwa, makaronów, pizzy. Dla niektórych miejsce wybawienia od nieszczęść, kłopotów, dla innych przysporzenie ich w jeszcze większym stopniu. Kraj ten może stać się swego rodzaju ucieczką od problemów, jednak od niech nie da się uciec, one zawsze dopadną człowieka pod tą czy inną postacią. Niekiedy nie wiemy nawet, kiedy kłopoty o problemy pojawiają się w tym pozornie lepszym świecie. Tego nie da się wyczuć na samym początku, uświadamiamy sobie ich wagę dopiero w momencie, gdy nie możemy sobie już z nimi poradzić, gdy przerastają nas, gdy już nic nie da się zrobić. Italia miała być i dla mnie oderwaniem się od polskich problemów, jednak to właśnie tu wpadłam w jeszcze gorsze, które są pochodnymi tych pierwszych. Pewnie, gdyby to wszystko się nie wydarzyło, nie wpadłabym z tą chorą relację z Simonem. Może potrafiłabym odnaleźć się w świecie i nic nie psułoby kilkakrotnie mojego poukładanego świata, jak działo się do tej pory?
      Wrócić do Włoch miałam dopiero po sylwestrze, wracam jednak już teraz, kilka dni przed świętami. Telefon wyłączyłam już dawno, kiedy wsiadałam do samolotu, a od tej pory nie mam odwagi z powrotem uruchomić urządzenia. Najbardziej bałam się tego, jak na moje pojawienie się w mieszkaniu zareaguje mój narzeczony, choć w zasadzie sama nie wiem, czy pierścionek na moim palcu nadal znaczy to samo, co kilka tygodniu temu. Przez cały lot nie mogłam skupić się na niczym innym, niż na pocałunku z Oliwierem. Jego oczy w tamtej chwili płonęły, choć kolorem bardziej przypominają wodę. Miał w sobie tyle siły, energii, zdecydowania. Niczym nie przypominał chłopak sprzed lat. Te kilka sekund, gdy mogłam skryć się w jego ramionach, poczuć się tak, jakby świat się zatrzymał, jakby otoczenie nie miało żadnego znaczenia. Poczułam się wtedy, jak księżniczka, dotychczas zamknięta w wieży, która wreszcie spotkała się ze swoim księciem i mogła go pocałować. Choć przez tą krótką chwilę byłam księżniczką, nie miałam problemów, kłopotów, zmartwień. Liczył się tylko on, teraz jednak czas wrócić do rzeczywistości, czas spotkać się z Simonem.
        - Oli? - zdziwienie na jego twarzy było ogromne, połączone jednocześnie z triumfalnym uśmiechem. - Znudziło ci się w Polsce? Czy może sami cię wyrzucili? - Nawet teraz potrafił mi dogryźć, nie mógł być choć przez chwilę miły, nie potrafił udawać, że się cieszy. Beznamiętnie odszedł od drzwi, wpuszczając mnie do środka. 
         - Nie możesz chociaż udawać, prawda? - zostawiłam walizkę w przedpokoju i zajrzałam głębiej. Chlew. Tylko tyle można było powiedzieć na widok tego, co zobaczyłam w całym mieszkaniu. Po podłodze walały się puste butelki i puszki, pudełka po chińszczyźnie czy pizzy. Simone był bałaganiarzem, przed moim wyjazdem ja wszystko sprzątałam, a kiedy został na kilka dni sam, to zrobił chlew. - Simone, co się z nami dzieje? - zapytałam jakby w ścianę, nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, a jedynie dźwięk zamykanych drzwi. 
         Zabrałam się powoli za sprzątanie, choć nie powinnam, w każdej chwili kontuzjowane plecy znów mogły dać o sobie znać. Robiłam jednak wszystko, by mieszkanie znów wyglądało schludnie, by można było w nim swobodnie przejść i nie kopnąć walających się śmieci. Za oknem rozpętała się burza, było grubo po północy, siedziałam sama na kanapie, czekając, aż wreszcie drzwi wejściowe się otworzą i stanie w nich mój narzeczony. Ten związek nie ma sensu, ale nie pozwala mi myśleć o Oliwierze, nie pozwala wracać do przeszłości. Nigdy nie traktowałam go poważnie, zawsze w głowie krążyła mi myśl, że to jedynie chwilowa znajomość, że nie potrwa to długo, że za kilka miesięcy rozejdziemy się w różne strony i zapomnimy o sobie, jednak trwamy już razem prawie dwa lata, a w mojej głowie co jakiś czas pojawiają się obrazy, które ukazują nasz wspólną odległą przyszłość. Przeważają jednak te, które ukazują nasz koniec. Przez ostatnie kilka tygodni wydarzyło się chyba zbyt wiele, żebyśmy mogli znów czuć się przy sobie dokładnie tak samo, jak przed kilkunastoma miesiącami, kiedy spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. Wiedziałam, dlaczego się mną zainteresował, jednak myślałam, że z czasem coś do mnie poczuł, w końcu mówił mi to, mówił, że mnie kocha, a ja wierzyłam, że kocham go tak samo. Teraz jednak nic nie jest już tak, jak było, a moje uczucia to jedna wielka zbieranina zamknięta w worku. Może najlepiej będzie, jeśli po prostu wybiorę coś spontanicznie?
     - Martwiłam się o ciebie - powiedziałam, gdy wreszcie zjawił się w mieszkaniu i usiadł obok mnie. - Simone, co się z nami dzieje? - powiedziałam już drugi raz dzisiejszego dnia.
       - A co ma się dziać? - spojrzał na mnie, odrywając na chwilę oczy od ekranu telewizora.
     - Nie udawaj, że tego nie widzisz... Nie ma już nas... Od dawna jesteśmy ty i ja, osobno. - Podniosłam się z miejsca, nie miałam ochoty przebywać z nim w jednym pomieszczeniu, nie miałam ochoty patrzeć na niego, nie miałam ochoty kontynuować tej rozmowy. Myślałam, że on również, jednak po chwili ujrzałam go opierającego się o drzwi do sypialni. Położyłam się na łóżku, chciałam go zignorować, jednak on nadal stał w progu i obserwował mnie, nie widziałam tego, ale czułam jak jego wzrok sunie po moim ciele. - Czego chcesz? - odwróciłam się i podniosłam na łokciach. Uśmiechał się jedynie kpiąco. Zaczął rozpinać swoją koszulę, jednocześnie patrząc mi w oczy. 
       - Udowodnię ci, że nie ma ciebie i mnie... Jesteśmy my, kochanie...
       - Simone?
       Koszula opadła bezwładnie obok niego na ciemnych panelach, po których stąpał w moim kierunku. Nie rozpoznawałam w nim tego samego człowieka, za którego byłabym w stanie oddać wszystko i ze wszystkiego zrezygnować. Jego tęczówki nie miały w sobie ani krzty miłości, czułości, tego ciepła, za które go pokochałam, które mnie uwiodło. Nie miał w sobie nic z mężczyzny, którego kochałam, był kimś innym, kimś całkowicie mi nieznajomym. Usiadłam na łóżku, podsunęłam kolana blisko klatki piersiowej. Patrzyłam bezwładnie na to, co dalej zrobi, jak szybko znajdzie się obok mnie i skrzywdzi moje ciało i umysł. Do oczu momentalnie podeszły mi łzy, zaczęły powoli wypływać kącikami i spływać strumieniem w dół po mojej twarzy. Kiedy znalazł się tuż obok mnie na łóżku, miałam jeszcze ostatnią okazję, by uciec. Musiałam tylko zerwać się z materaca i pobiec w kierunku drzwi tak szybko, ile miałam sił w obolałych mięśniach po kilkugodzinnym oczekiwaniu narzeczonego. Musiałam tylko chwycić za klamkę, wybiec z mieszkania i uciekać jak najdalej, gdziekolwiek, byleby Simone nie mógł mnie znaleźć. Wszystko szło po mojej myśli. Zerwałam się z łóżka, dodatkowo odpychając Włocha od siebie, dotarłam do drzwi, nawet je otworzyłam, jednak w tej samej chwili poczułam, jak łapie mnie za nadgarstek, jak mocno pociąga do tyłu i rzuca gdzieś w okolice łóżka. Potem pamiętam tylko dwa uczucia. Ból i pogardę zarówno dla swojego ciała jak i mężczyzny, który mnie wykorzystał. Brutalnie wykorzystał. 
        Kiedy odzyskałam świadomość, wokół mnie nie było nikogo, leżałam na łóżku, słyszałam dźwięk opadających kropel wody na dno prysznicowego brodzika. Bolało mnie wszystko, nadgarstki powoli zaczynały robić się sine, na udach widniały liczne zadrapania i siniaki, z kącika ust chyba ciekła mi krew, bo czułam jej metaliczny smak. Podniosłam się z miejsca z nadal cieknącymi z oczu łzami i pospiesznie zaczęłam się ubierać w dżinsy i wyciągniętą dresową bluzę. W amoki zaczęłam szukać swojej torebki, pośpiesznie wrzucałam do niej najpotrzebniejsze rzeczy i dokumenty, zachowując przy tym ciszę. Dopiero w swoim samochodzie poczułam się bezpieczna, jednak wszystko wróciło do mnie w zdwojonej sile, wszystko zrozumiałam. Mężczyzna, który kiedyś była całym moim światem, właśnie mnie zgwałcił! Czym prędzej odpaliłam silnik i ruszyłam z miejsca nie oglądając się za siebie. Już nigdy tu nie wrócę, nigdy nie pozwolę, by Simone mnie dotknął, by nawet przebywał w moim otoczeniu. Napisałam jeszcze krótkiego SMS-a do swojego managera, żeby rozwiązał kontrakt z klubem i ruszyłam w podróż do domu, do Częstochowy. Chcę wrócić do przeszłości i pozwolić sobie na to, by odnalazła swoje miejsce w teraźniejszości.



~*~


Maniek: Co tu się dzieje? Mam nadzieje, że nie wystraszyłyśmy Was na tyle, abyście opuściły historię Olimpii. Wręcz  przeciwnie, zaciekawiłyście tym co miało miejsce :) Aż tak strasznie nie wyszło, co?
Musimy podziękować Dzuzeppe, która ratuje tego bloga! Więc teraz wszyscy piszemy w komentarzach jak wspaniała jest Dzuzeppe i jak bardzo ją  uwielbiamy! ♡

Dzuzeppe: Maniek, nie podlizuj się, ja tu jeszcze i twoje skrzydła rozwinę :D Szczerze się przyznaję, że gdy to teraz publikujemy jestem po napisaniu jednego z kolejnych rozdziałów tutaj, który uwaga!!! wyszedł mi najlepiej od nie wiem kiedy :D No naprawdę będę samochwałą, ale za jakieś 2/3 tygodnie będziecie ryczeć ;P
Chcę wrócić na dobre, także jeśli macie ochotę sprzedać mi swoje opowiadanko do czytania, to zapraszam na gg 15696793 :D


Facebook    Ask   Instagram     snapchat - kari199813

sobota, 4 lipca 2015

4. "To byłoby magiczne uczucie."

      Powrót do kraju, to nie tylko powrót do Sebastiana, ale przede wszystkim powrót do rodziców, których ostatni raz widziałam pod koniec wakacji. Brakowało mi szczerych rozmów z mamą, spacerów po okolicy z tatą, godzin spędzanych na dworze z Mateuszem, który powoli stawał się mężczyzną. Miałam to, czego brakowało mi w dzieciństwie, kiedy tato jeszcze o mnie nie wiedział, kiedy mama nie miała odwagi mu powiedzieć. Nie mam jej jednak za złe tego, że nie zrobiła tego wcześniej, to był jej wybór. Może i przez ten czas straciłam najpiękniejsze lata z tatą, ale mama robiła wszystko, żeby mi go nie brakowało. Patrząc z boku na to, jaką wielką frajdę miał w momencie, gdy na świat przyszedł Mati, było mi smutno, jednak tato, od kiedy mnie poznał, nie pozwalał mi czuć się źle, nie okazywał tego, jak krótko mnie zna. Teraz jednocześnie cieszyłam się na spotkanie z nimi, jak i bałam się, że nadal mają mi za złe to, że przyjęłam oświadczyny Simona. Może nie mówili wprost, że go nie lubią, ale ja wiedziałam to, jedynie na nich patrząc. Widzieli mnie u boku kogoś innego, kto już dawno przestał na to miejsce pasować moim zdaniem. On był już dla mnie wspomnieniem.
      Sebastian uparł się, że pojedzie do Częstochowy razem ze mną, żeby spotkać się z moimi rodzicami, choć widuje ich częściej ode mnie. Nie dałam jednak rady, żeby przekonać go, że moja samotna podróż dobrze mi zrobi. Jeśli któreś z Ignaczaków się na coś uprze, to nie ma zmiłuj, nie wygrasz z nimi. Dodatkowo jeszcze Sebastian jechał ze mną jakby do pracy, w końcu już jutro hit Plusligi, więc wręcz musiał tam być. Takim oto sposobem w piątkowe popołudnie zapukałam do drzwi rodzinnego domu. Cholernie się bałam, sama chyba do końca nie wiem czego, w końcu chyba zdenerwowanie za zaręczyny nie trwałoby tak długo. Po chwili drzwi uchyliły się, usłyszałam radosne szczekanie Franka, a moim oczom ukazała się mama. Od razu wiedziałam, że złość, którą żywiła do mnie, minęła. Objęła mnie z całych sił, a po chwili poczułam silne ramię taty, obejmujące nas obie. Niekiedy, gdy byłam sama we Włoszech, żałowałam, że postanowiłam tam wyjechać, grać w siatkówkę, być z daleka od moich najbliższych. Brakowało mi rodziców, starego, schorowanego psa, rozwrzeszczanego brata, zwariowanego przyjaciela. Brakowało mi nawet wspomnień. Dlatego w tej chwili chciałam, żeby czas się zatrzymał, żeby było tak idealnie, jak jest teraz, żeby m wiedziała, że niczego nie psuję, nigdzie nie uciekam, nic mnie nie krzywdzi. Chciałabym móc mieć czarodziejską różdżkę i zaczarować świat, by już nikt, nigdy nie zepsuł mojego skomplikowanego świata jeszcze bardziej.
     - Witaj w domu córeczko.
     - Witaj tato.
    Razem z Sebastianem zostaliśmy przyjęci dokładnie tak samo, jak kilka dni wcześniej przez jego rodziców. Gdy tylko w domu pojawił się Mateusz, nie oderwał się do późnego wieczora od Ignaczaka, który w naszym domu czuł się naprawdę dobrze. Mężczyźni co jakiś czas poruszali temat jutrzejszego meczu, tato i młody ekscytowali się tak mocno, że razem z mamą śmiałyśmy się z nich, w końcu to tylko mecz, nawet nie mój, więc nie muszą go tak przeżywać. Nie spodziewałam się tego, że będą chcieli wyciągnąć mnie na ten pojedynek, nie chciałam w ogóle oglądać męskiej siatkówki, jednak to było niemożliwe, całe moje otoczenie nią żyło. Spojrzenie czterech par oczu utkwionych centralnie we mnie spowodowało, że musiałam się zgodzić. Nawet mama się ucieszyła, choć chwilę wcześniej namawiała mnie na wspólne zakupy w trakcie meczu. Kiedy proponowała mi bezcelowe chodzenie po sklepach, chciała się zapewne o wszystko wypytać, więc cieszyłam się, że nie będę musiała tłumaczyć się jej ze wszystkich swoich błędów, które niewątpliwie nadal popełniam. Nienawidzę kłamać, gdy rozmawiam z nią, jednak o pewnych sprawach z mojego życia wie tylko jedna osoba i na pewno nie jest nią mama. Nie potrafiłam powiedzieć jej o tym, jaka byłam głupia, jak potrafiłam się nieodpowiednio zakochać, jak czułam się potem upokorzona. Jednak nie żałuję niczego co wydarzyło się przed laty. 
     Po kolacji rozeszliśmy się do swoich sypialni. Długo przewracałam się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Cień światła padającego przez szybkę w drzwiach oświetlał regał, na którym stały moje statuetki, puchary, na tablicy korkowej przypięte wszystkie dyplomy i medale. Stało tam jeszcze coś, najmilsza pamiątka z czasów licealnych, pluszak z niebieskimi oczami, z napisem "Kocham Cię". W końcu nie mogłam już bezczynnie się na niego patrzeć, wstałam z miejsca, chwyciłam go w dłoń i wróciłam do łóżka. Tak, jak lata temu, położyłam się na boku z zabawką przy twarzy. Przez chwilę poczułam się tak, jakbym wróciała do tamtych lat, jakbym znów czuła te charakterystyczne perfumy, ten zapach ciała. Przysunęłam się do pluszaka, zamknęłam oczy. Zrobiłam coś głupiego, wyobraziłam sobie, że nie jestem sama, że On jest obok, że mnie obejmuje, całuje w czoło, że to wszystko, co się wydarzyło, nie miało nigdy miejsca, a my nadal jesteśmy razem szczęśliwi. Potrzebowałam tego, marzyłam o tym, pragnęłam tego. Jednak nie miałam nawet podstaw, by sądzić, że jeszcze kiedyś będzie tak wspaniale, jak wtedy.
    - Olimpia, musisz coś zjeść! - gdy tylko przekroczyłam drzwi do kuchni, mama od razu przypomniała mojemu żołądkowi, że  jest pusty. - Nie dość, że nie wstałaś na śniadanie, to nawet na obiad się spóźniłaś! - To fakt, była prawie 14, gdy spojrzałam na zegarek na lodówce. - Masz dwie godziny, potem już wychodzimy - zniknęła za drzwiami do piwnicy.
     - Witam śpiącą królewnę - Sebastian pocałował mnie w policzek. - Wszędzie dobrze, ale w domu śpi się najlepiej, prawda? - kiwnęłam jedynie głową, pochłaniając obiad. - Twój tato i Mateusz od rana sobie miejsca znaleźć nie mogą - zaśmiał się - a ty co? Olewasz sprawę - poczochrał mi włosy, zajrzał do lodówki, pochwycił pasterek sera i usiadł na przeciwko mnie.
    - Jestem brudna? - zaprzeczył. - Więc nie wiem, trzecie oko mi na czole wyrosło, że się tak przyglądasz?
     - Nie... Olka, On tam będzie.
     - Ja też tam będę - wstałam z miejsca. - Nie zamierzam rezygnować z miłej soboty spędzonej z rodziną i przyjacielem tylko przez to, że On tam będzie. To już przeszłość... - chciałam okłamać samą siebie? Może. Wyszłam z kuchni, podreptałam na górę i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia.
     Punktualnie na dziesięć minut przed rozpoczęciem pojedynku zasiadłyśmy z mamą na miejscach, tato i Mati stali przy płycie boiska i rozmawiali z trenerem Częstochowskiego AZS-u, Piotrem Gruszką. Być może na meczu jest jego córka, Marysia, która wystawia mi piłki w reprezentacji. Wzrokiem omiatam rozgrzewających się zawodników. Po częstochowskiej stronie widzę młodego Jarosza, Ruciaka, Czarnowskiego, Bartmana, ale też i Antka Winiarskiego, który rozwija się pod bacznym okiem naszych trenerów. Z wielką ciekawością zerkam na drugą stronę boiska. Młody Gruszka zagra dziś po raz pierwszy przeciw swojemu ojcu, do tego, Wlazły, Zagumny, Winiarski... Pożałowałam w ciągu jednej sekundy tego, że zechciałam w tym momencie spojrzeć na zawodników. Pożałowałam, bo spojrzałam w Jego oczy. Pożałowałam, bo On zrobił to samo. Pożałowałam, bo moje serce znów zabiło niebezpiecznie szybko, bo kąciki ust samoczynnie uniosły się do góry, bo poczułam, że wszystko znów wraca. Świat na chwilę przestał się liczyć, błękit jego oczu zmusił mnie do nieodrywania wzroku od tych przenikliwych tęczówek. Były magnetyczne, jakby jedyne na całej kilkutysięcznej hali. Może było to kilka sekund, może cała wieczność, zanim Świderski nie podszedł do Niego i przerwał jego rozgrzewkę. Może to wszystko było jedynie złudzeniem i tak naprawdę nie patrzył na mnie, a na kogoś siedzącego obok. Pewnie na siedzącą blisko mnie jego możliwą dziewczynę. Przecież to niedorzeczne, żeby poczuł się tak samo, jak ja. Oboje nie jesteśmy już zakochanymi w sobie gówniarzami, teraz jesteśmy dorośli, inni. Nic nie jest takie, jakie było. 
     Cały pojedynek od tego momentu toczył się jakby poza moją rzeczywistością, poza moim światem, którym stała się jego osoba, jego zachowanie, jego ataki, przyjęcia, serwy, obrony, bloki, a przede wszystkim jego błękitne oczy. Siedziałam na swoim miejscu, słyszałam stłumiony dźwięk, widziałam rozmazany obraz, miałam dreszcze, gdy tylko był przy piłce. Bałam się tego, co się ze mną dzieje, nie potrafiłam zapanować nad swoich zachowaniem, nie potrafiłam przestać skupiać na nim uwagi, nie chciałam wyrwać się ze świata marzeń. Nie zorientowałam się nawet, kiedy mecz zakończył się zwycięstwem gości, Jego zwycięstwem, Jego nagrodą MVP, Jego uśmiechem. Dopiero w tej chwili otrząsnęłam się, wstałam z miejsca, chwyciłam kurtkę, zeszłam na dół. Znałam tę halę, więc bez problemu dostałam się  do podziemi, w których są szatnie, ale i boczne wyjście. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, zamknąć się w pokoju, schować w swoim świecie. Chciałam, ale nie mogłam. Nawet nie wiem, kiedy ktoś objął mnie gwałtownie ramieniem, dłonią zakrył usta, otworzył jakieś drzwi i wciągnął do środka. Chciałam się wyrwać, jednak nie miałam szans nawet jako wysportowana kobieta, ten ktoś był silniejszy, większy, nie miał na sobie koszulki, a ja czułam ciepło, bijące od jego ciała.
     - Co ty tu robisz? - usłyszałam Go, był tuż obok mnie, stał naprzeciwko i lekko się uśmiechał. Wydoroślał. Kiedyś był jedynie wyrośniętym dzieciakiem, którego kochałam, teraz stał się mężczyzną, nie kościstym chłopaczkiem, ale mężczyzną. - Powiedz mi, skąd się tu wzięłaś?!
     - Myślisz, że już nawet na mecz nie wolno mi przyjść, bo co, bo mam zawsze ciebie unikać? Z jakiej racji? Bo co, bo mnie skrzywdziłeś? Bo musiałam przez ciebie wyjechać z kraju? Bo nie mogłam spać nocami? Bo całe moje dalsze życie uczuciowe to klapa? Bo mój narzeczony jest ze mną dla ładnej buźki? No odpowiedz mi, dlaczego mam cię unikać?! - Nie spodziewałam się tego, do czego się posunął. Nie spodziewałam, że zrobi coś dokładnie tak samo, jak lata temu. Nie podejrzewałam, że zrobi to teraz. Pocałował mnie, gwałtownie, mocno, zachłannie. Tak, jak nigdy wcześniej. Przyparł mnie do ściany, jedną dłonią skrępował moje ręce, drugą wplótł we włosy. Jednocześnie był cholernie stanowczy, pewny siebie, taki, którego jeszcze nie znałam. Jednak z każdą sekundą słabł, luzował uścisk, stawał się podatny na moje zachowanie. On, porządnie zbudowany mężczyzna, świetny siatkarz, twardziel. Oliwier Winiarski. - Czego ode mnie znów chcesz? - mój głos drżał, z oczu płynąć znów zaczęły łzy, nie miałam siły, żeby się wyrwać, nie chciałam nawet opuszczać jego ramion. - Oliwier, czego?!
      - Przepraszam... - puścił mnie, odsunął się, zsunął się w dół po ścianie, schował twarz w dłoniach. - Nie wiem, co się ze mną dzieje, Oli - był roztrzęsiony, na jego ciele pojawiła się gęsia skórka. Wydawał się, jak bezbronne dziecko, które nie potrafi ustawić wieży z kloców, nie wie, jak połączyć wszystkie elementy. Nie potrafiłam stać bezczynnie obok niego, nie mogłam patrzeć na płynące po jego policzkach łzy, nie chciałam sama się przy nim rozpłakać. - Kiedy zobaczyłem cię na hali... Oli, wszystko przestało się liczyć. Po każdej akcji miałem ochotę podbiec do ciebie, przytulić się, jednak musiały wystarczyć mi jedynie spojrzenia w twoją stronę, twoje nikłe uśmiechy... Przepraszam... - uklęknęłam przed nim, chwyciłam twarz w swoje dłonie, zmusiłam, żeby na mnie spojrzał.
      - To ja przepraszam, że dopuściłam do tego, żebyśmy się spotkali. 
    Przybliżyłam swoją głowę do jego czoła, oparłam swoje o to jego i spojrzałam w jego smutne, zaszklone oczy. Wyglądały jak ocean, nawet słabe oświetlenie w pomieszczeniu pozwalało mi doskonale widzieć w nich ból, smutek, rozpacz. Przymknęłam swoje powieki, dotknęłam nosem jego nosa, poczułam się jednocześnie wspaniale i okropnie. Odsunęłam głowę, spojrzałam jeszcze raz na niego, delikatnie musnęłam jego czoło. Chciałam go pocałować, jednak nie mogłam. To byłoby magiczne uczucie. Czujesz się wtedy, jakbyś był gdzie indziej, jakby otoczenie stało się rozmytą mgłą bez końca, jakbyś unosił się w powietrzu, te kilka centymetrów nad ziemią. Z czasem zaczynasz jednocześnie kochać i nienawidzić to uczucie. Zaczynasz, bo nie daje ci spokoju. Jak najszybciej podniosłam się z kolan, chwyciłam swoje rzeczy i wybiegłam, zostawiając go samego w pomieszczeniu.
       - Gdzie jedziemy? - usłyszałam pytania miłego, starszego pana z przodu pojazdu.
       - Na lotnisko.
     Nie spodziewałam się, że będę chciała to zrobić, nie potrafiłam sama siebie zrozumieć, że zdołałam się przyznać po tylu latach do tego, że go... kocham. Najgłupszą rzeczą, którą mogłam zrobić w tej chwili, było pocałowanie Go. Ale przecież jestem głupia. Przecież chciałam tego, więc gwałtowne przylgnięcie do jego drżących warg było mi potrzebne, jak tlen ogniu, jak woda i słońce roślinom. Jednak rośliny niekiedy usychają, tak jak ja teraz. W drodze do piekła, do Włoch.


                                       ~*~

Maniek: Wielki powrót? No może nie taki wielki, ale powrót jest :) Nie wiem czy jest nawet sens przepraszać, skoro już któryś raz z rzędu znikamy bez słowa, ale kultura tego wymaga i sama tego od siebie wymagam! Więc, przepraszamy z całego serca, że nas nie było :) Ale jesteśmy ludźmi, mamy prywatne zobowiązania, co nie oznacza, że nie tratujemy bloga na poważnie! Ja, osobiście, traktuję bloga jak formę rozrywki, dla was i dla siebie :) 
Poza tym, co tu się dzieje u Olimpii, z którą dawno się nie widzieliśmy? Mamy meczyk, mamy mężczyznę, rozterkę miłosną... hm? Typowe, czyż nie? :) Ale Ola to silna kobieta, z pewnością sobie poradzi :]

Dzuzeppe: Bo my już chyba tak mamy, że przerwa od pisania działa na nas mobilizująco ;) Nie gniewajcie się :* Piekło dla Olimpi to wyjazd do Włoch czy życie obok swojej miłości? Jak uważacie? Co czeka na nią we Włoszech, co czekać będzie na nią w Polsce, gdy już wyjedzie... To wszystko przed nami :P Całuję Was mocno i obiecuję, że teraz już wrócę, nie wiem, czy ktoś będzie chciał jeszcze czytać ale wrócę :*

Fanpage Dzuzeppe        Ask Dzuzeppe

niedziela, 8 marca 2015

3. "Nigdy nie uciekaj bez słowa, bo w przyszłości będziesz tego okropnie żałować..."

     Gdy wyjeżdżałam z Polski, chciałam jak najszybciej zamknąć za sobą wszystkie drzwi, wszystkie niedokończone sprawy. Nie potrafiłam spojrzeć niektórym ludziom w oczy, powiedzieć, że wyjeżdżam, że już więcej się nie spotkamy, nie zamienimy ze sobą choćby jednego słowa, nie złożymy życzeń na święta. Teraz jednak przyjdzie mi zobaczyć ich znowu, spojrzeć także w te znienawidzone niegdyś oczy, usłyszeć paraliżujący głos, poczuć raniący dotyk. Muszę jednak stawić czoła rzeczywistości, muszę pokazać, że z Olimpią Łomacz nie opłaca się zadzierać, że z nią się nie wygra. Aczkolwiek boję się wszystkiego, co może spotkać mnie najpierw w Rzeszowie, potem w Częstochowie, a potem w innych miejscach, w których zostawiłam niedokończone sprawy. Tak, jak nigdy nie lubiłam powrotów z wszelkiego rodzajów obozów do domu, tak teraz kompletnie nie wiem, co przyniesie mi los, jak powinnam przygotować się na każdą ewentualność, co odpowiadać na zadawane pytania, jednak w głębi duszy cieszę się, że dałam się przekonać na powrót.
      Sebastian uważnie prowadzi samochód, jednak znajduje ułamki sekund, by spojrzeć na mnie ukradkiem, uśmiechnąć się pokrzepiająco. Jest moim oparciem, moją motywacją, by wreszcie stanąć na nogach. Nawet teraz, w chwili, którą powinien poświęcać swojej narzeczonej, jest ze mną, bo chce mi pomóc, bo wie najlepiej, co jest dla mnie najlepsze, czego potrzebuję naprawdę. Nie raz ratował mnie z opresji, ukrywał w swoim świecie przed złem w postaci rodziców, nieodwzajemnionej miłości, przytrafiających się kontuzji, dosłownie wszystkiego, co nagle spadało na moje barki, a czego nie potrafiłam udźwignąć, czemu nie potrafiłam stawić czoła. Kilka lat temu zastanawiałam się, jakim cudem nie czuję do niego nic więcej poza ogromną przyjaźnią, której nie da się zrozumieć, jeśli nie jest się nami, jeśli nie zna się całej historii naszej znajomości, jeśli nie pamięta się wszystkich radosnych słów, jak i tych, które raniły najmocniej. Nikt nie zrozumie, jak wiele zmieniło się w nas samych, odkąd się poznaliśmy, jak mocno ewaluowały nasz poglądy, plany na przyszłość, cele życiowe, priorytety. Zmieniliśmy się cali my. Przeszliśmy drogę od niedojrzałych nastolatków do pewnych siebie, dorosłych ludzi, którzy nie stracili łączącej ich przyjaźni.
     - Brakowało mi ciebie, wiesz? - uśmiechnął się do mnie, stawiając przede mną niezdrowe jedzenie typu fastfood oraz parującą kawę. - Kiedyś wystarczyło zadzwonić i kilka godzin później już się widzieliśmy, a teraz... 
     - Sebastian, przecież, jak byłam we Włoszech, nic się nie zmieniło, również wystarczało kilka godzin i widzieliśmy się. - Upiłam łyk ciepłego napoju i zajrzałam do papierowej torebki z naszym pożywieniem. Nie miałam odwagi, żeby spojrzeć mu prosto w oczu, więc grzebanie w torebce było najlepszym wyjściem. - Poza tym, teraz jestem obok. Wykorzystajmy ten czas. Dzwoń do Magdy, żeby wolne sobie organizowała i jedziemy gdzieś! - ożywiłam się wreszcie, wpadając na pomysł wspólnego wyjazdu. Twarz młodego Ignaczaka rozjaśniła się, kąciki ust delikatnie uniosły się do góry.
      - Myślisz, że to dobry pomysł? Nasza trójka, jak za dawnych, dobrych czasów? - roześmiał się na wspomnienie wszystkich naszych wspólnych wojaży. 
     - Myślę, że to najlepsze rozwiązanie ze wszystkich możliwych - uśmiechnęłam się lekko. - A teraz zjedzmy to szybko, bo jeśli ktokolwiek nas zobaczy z takimi "smakołykami", to będzie niewesoło.
   Całą dalszą drogę, prowadzącą do Rzeszowa, spędziliśmy na rozmowie, śpiewaniu najnowszych hitów, które płynęły w radioodbiornika. Głos Sebastiana był do zniesienia, jednak ja współczułam mu, że musiał słuchać, jak nieudolnie staram się mu dorównać. Mam jedynie nadzieję, że zdołał przez te wszystko lata się już do tego przyzwyczaić i nie przestanie nagle mnie rozpoznawać na ulicy. Widząc jego twarz, całą rozpromienioną, pełną ciepła i radości, przestaję myśleć o czymkolwiek złym, co zostało we Włoszech, co teraz przestaje się liczyć. Dzięki prawdziwej przyjaźni jestem w stanie zobaczyć, jak wiele traciłam, jak bardzo byłam zaślepiona, jak wiele mnie ominęło. Ucieczka przed Simonem, bo tak to właściwie można nazwać, była jedynym dobrym rozwiązaniem, bym zobaczyła pozytywy wolnego życia, tych wszystkich chwil, gdy nikt mnie nie kontroluje, niczego nie wymaga. Myślę, że nigdy nie miałabym dosyć odwagi, żeby wyjechać bez słowa, żeby przekonać siebie samą, że to jest w danej chwili dla mnie najlepsze, że tego potrzebuję. Sebastian jest swego rodzaju moim aniołem stróżem, który pojawia się w odpowiednim momencie i chroni przed popełnianiem najgorszych w życiu błędów, jednak niekiedy i on nie daje rady zawsze być obok i mówić, co jest dobre, a co powinnam spisać na straty. Ale jest moim przyjacielem, osobą, którą kocham zupełnie inną miłością.
     Dosłownie godzinę później mogę wreszcie rozprostować kości pod rodzinnym domem Ignaczaków, w którym gościłam już nie raz. Wystarczyło kilka sekund, by w oknie kuchennym pojawiła się pani Iwona, a zza domu wychylił się pan Krzysztof. Na twarzach obydwojga małżonków malował się uśmiech, w końcu nie widzieli mnie już dość długi czas, ostatni raz byłam tu w zeszłe wakacje. Gdy tylko znaleźli się się obok mnie, nie mogłam uwolnić się z ich ramion. Ściskali mnie, żalili się, że za rzadko przyjeżdżam przed dobre kilka minut. Ignaczak tylko śmiał się, nawet nie starając się uwolnić mnie od swoich rodziców. Zostałam wyściskana, zaprowadzona do domu, usadzona przy stole i wręcz zmuszona do jedzenia, które swoim smakiem przypominało wszystkie te dania, które niekiedy jedliśmy razem z Simonem w ekskluzywnych restauracjach. Właśnie, Simone... Wydzwaniał do mnie, jednak Sebastian skutecznie utwierdzał mnie w przekonaniu, że przerwa między nami jest potrzebna, że jeśli panujące pomiędzy nami jest prawdziwe, to Włoch zrozumie moje zachowanie i sam przyjedzie po mnie. W tamtej chwili wyłączyłam również telefon, nie chciałam czytać przychodzących wiadomości czy powiadomień, ile to razy nadawca tego numeru chciał się ze mną połączyć.
      - Dominika będzie uradowana, jak cię zobaczy - pani Iwona postawiła przede mną talerz z ciastkami domowej roboty i zachęciła do skosztowania. - Dziś wieczorem powinna już być w domu po sesji. Za godzinę widzę was na kolacji! - uśmiechnęła się do mnie, wstała z miejsca i zostawiła mnie samą ze swoim synem w salonie. 
    - Twoja mama nic się nie zmieniła. Nadal jest tak samo rodzinna, gościnna, a dodatkowo zawsze wie, kiedy się ulotnić - usiadłam obok przyjaciela na kanapie i przytuliłam się do jego ramienia.
    - Tak to prawda... Olimpia, ty też się nie zmieniłaś - spojrzał prosto w moje oczy. - Doskonale pamiętam, dlaczego wyjechałaś. Dziś, gdy wyszliśmy z lotniska widziałem na twojej twarzy strach... 
     - Nie chcę o tym rozmawiać. Sebastian, to wszystko już dawno się skończyło, a teraz... - wstałam z miejsca, podchodząc do okna. - Nie potrafię wyobrazić sobie tej chwili, w której mogłabym go spotkać, poczuć, że jest tak blisko. 
      - Ola, nie możesz taż żyć, nie możesz uciekać przed przeszłością, wpadając w takie bagno we Włoszech... - podszedł do mnie i przytulił. - Twoje własne szczęście jest najważniejsze...
      - Dziękuję...
     Chwilę później do domu Ignaczaków zawitała Magda, przez co Sebastian był już dla mnie prawie nieuchwytny, jednak nie byłam na niego zła, cieszył się w końcu swoją narzeczoną, którą zostawił na kilka dni samą, by zająć się mną. Michalczewska jest wspaniałą kobietą, czasami zastanawiam się, jak taki łobuz, jakim był niegdyś mój przyjaciel, mógł ją w sobie rozkochać. Cieszę się z całego serca, że już niedługo zawitam na ich ślubie i weselu. Kiedy do domu zawitała również Dominika można było poczuć się, jakby przeszedł właśnie huragan. Wszędzie było jej pełno, wszystkim nam opowiadała o tym, jak jej idzie na studiach, których wykładowców nienawidzi, a którzy przypadli jej do gustu. Nie poszła w ślady swojego ojca, lecz bardziej w pasję matki, chce zostać dietetykiem. Na kolacji siedziałam jak zaczarowana, przyglądając się miłości płynącej od całej rodziny Ignaczaków, w tej chwili bardzo mocno tęskniłam za rodzicami, za Mateuszem. Dopiero dzięki ściskającej mnie za rękę dłoni przyjaciela te myśli odleciały ode mnie, a reszta wieczoru minęła w radosnej atmosferze.
     - Idziesz ze mną na spacer? - Dominika wychyliła się zza futryny, a razem z nią zarażający uśmiech. - No nie daj się prosić - weszła głębiej i usiadła na łóżku.
     - Nie mam ochoty, podróż mnie zmęczyła - położyłam głowę na poduszce.
     - Oj nie rób z siebie siedemdziesięciolatki - zaśmiała się. - Idziemy!
     Takim oto sposobem po godzinie dwudziestej trzeciej, gdy wszyscy domownicy rozeszli się do swoich sypialni, wymknęłyśmy się z młodą Ignaczakówką z jej rodzinnego domu. Rzeszów mimo upływających lat jest coraz piękniejszy i nowocześniejszy. Nawet obrzeża miasta, po których spacerujemy, są piękne. Obie idziemy w ciszy, jednak widzę, że Dominikę coś gryzie, że chce mi coś powiedzieć. Wydawać by się mogło, że trzy lata to dużo, jednak potrafię się z nią doskonale dogadać, tak samo, jak Sebastian potrafił niegdyś ze mną. Wiem, że musi sama zacząć rozmowę, jeśli o cokolwiek zapytam, nie powie nic, taka już jest. W końcu zatrzymujemy się pod sklepem czynnym całodobowo, a młoda wpada na pomysł kupienia czegoś do picia, bo na trzeźwo nic mi nie powie. Chwilę później zachowujemy się jak dwie gówniary, pijąc czerwone wino z papierowej torebki, siedząc na oparciu parkowej ławki. Brakowało mi tego we Włoszech, tej dziecinnej radości z życia, dziecinnego zachowania, chwili sprzecznej z prawem. We Włoszech musiałam dorosnąć, nie ważne, że psychicznie nie byłam na to gotowa.
     - Powiedz mi, jak sobie poradziłaś sama we Włoszech? 
  - Wiesz... Jakoś musiałam dać sobie radę. Nie było łatwo, wcześniej przecież nie wiedziałam, jak to jest żyć samemu, dbać o mieszkanie, rachunki, jedzenie... W gruncie rzeczy, nie było tak strasznie - uśmiechnęłam się. - Dlaczego o to pytasz?
   - Dostałam propozycję wymiany studenckiej w Berlinie, wszystko w zasadzie już czeka, muszę tylko podjąć decyzję, czy chcę jechać... - uniosła głowę i popatrzyła w niebo, które dzisiejszej nocy nie było pokryte najmniejszymi chmurkami. Nad naszymi głowami górował księżyc. - Jest jeszcze coś... dobra, ktoś... Znamy się dosłownie kilka miesięcy, nie jesteśmy nawet ze sobą, ale...
    - ...czujesz do niego zdecydowanie więcej niż powiedzmy przyjaźń? - dopowiedziałam za nią. Gdzieś z tyłu głowy zaczęły spływać wszystkie wspomnienia, o których przecież starałam się za wszelką cenę zapomnieć we Włoszech. Chyba zaczęła mi się przyglądać, jednak nie jestem tego pewna, bo sama wzrok utkwiłam w przestrzeni parku przed nami. - Domi, mogę dać ci tylko jedną radę... Nigdy nie uciekaj bez słowa, bo w przyszłości będziesz tego okropnie żałować. - Podniosłam się z ławki, wyrzuciłam butelkę po piwie do kosza, poprawiłam rozwiane przez wiatr włosy. - Wracajmy już.
      - Masz rację, wracajmy.
~*~


Dzuzeppe i Maniek: Wróciły, znowu! Jak zawsze po długiej przerwie. 
Przykro nam z tego powodu, ale do tego trzeba się chyba przyzwyczaić. 
Przepraszamy (jak chyba zawsze ☺), ale tak jak już wspominałyśmy, coś innego zawróciło nam w głowach, co odbija się na blogach. Nasza nieobecność usprawiedliwiona jest sprawami prywatnymi, zmianą priorytetów, brakiem czasu i po prostu wypaleniem! Mamy nadzieje, że jako blogerki postawicie się w naszej sytuacji i nas zrozumieć, no ale rozdział jest? Jest. Coś się dzieje? To zostawiamy do waszej opinii w komentarzach! :) Udzielajcie się, bo to bardzo motywuje do dalszej pracy!
Całujemy i gorąco ściskamy, D&M (wymyśliłam coś nowego, hehe ☺) ♥

poniedziałek, 2 lutego 2015

2. "Nadal nie widzisz, że on cię nie kocha?"

    Nie myślałam, że ta chwila kiedykolwiek nastanie, że przestanę czuć się dobrze przy Simonie, że zacznę bać się jego osoby, jego zachowania, że zapragnę zamknąć się w pokoju, jak minionej nocy, niż poczekać na niego, przeprosić za swoje zachowanie. Boże! Co ja mówię?! Przecież nie mam go za co przepraszać, jestem w stosunku do niego w porządku. Nie mam ochoty teraz nawet opuścić łóżka w sypialni, by ruszyć się do kuchni po cokolwiek na śniadanie. Nie miałam ochoty patrzeć na pewnie ledwo przytomnego, będącego na kacu narzeczonego. Kiedy tylko moje powieki podniosły się do góry zdałam sobie sprawę, że to będzie jeden z najgorszych dni. Czułam to, spodziewając się ze strony zarówno Sebastiana jak i Simona wszystkiego. Począwszy od padnięcia sobie w ramiona, jak para najlepszych kumpli, po olanie siebie na wzajem twarzy do tego stopnia, że ślady zostawałyby im na długo. Dlaczego nie mogę przespać tych chwil i obudzić się w chwili, gdy wszystko będzie już dobrze?
      Kiedy mam zamiar wreszcie zwlec się z łózka i opuścić pomieszczenie, słyszę dzwonek do drzwi, jednak wiem, że nie zdążę ich otworzyć, Włoch wstał kilkanaście sekund przede mną, więc to on pierwszy spojrzy w oczy Sebastianowi, bo tylko jego osoba może stać na klatce schodowej. Staram się jak najszybciej znaleźć się przy drzwiach, jednak i tak już nic nie wskóram. Obaj stoją twarzą w twarz i mierzą się spojrzeniem. Nie jestem jedynie pewna, który z nich pierwszy wybuchnie. W końcu aktor rzuca głośne "wychodzę" i opuszcza naszą dwójkę. Dopiero teraz mogę spokojnie spojrzeć na zafrasowaną twarz młodego Ignaczaka, który już za kilka miesięcy stanie na ślubnym kobiercu. Z Magdą, specjalistką od reklamy, którą zna od liceum, jest z przerwami już przeszło dziesięć lat. W między czasie było jeszcze kilka innych dziewczyn, jednak ta dwójka zawsze do siebie wraca, a teraz wreszcie wezmą ślub. Zazdroszczę mu tego, że znalazł kobietę swojego życia w liceum, że tyle już z nią przeżył, że niedługo staną się małżeństwem, będą mieć dzieci...
      - Olka, powiedz mi do cholery, co tu się wczoraj stało! - minął mnie w przedpokoju, usiadł na kanapie i zaczął patrzeć na mnie tym wzrokiem, którego bałam się najbardziej. Bałam się, bo wiedziałam, że wtedy Sebastian zawsze ma rację, że się o mnie martwi. - Martwię się - wstał na potwierdzenie moich słów, podszedł blisko i przytulił mocno do siebie. - Wróć ze mną do Polski na kilka dni, chociaż na święta... - wyszeptał w moje włosy.
     - Przecież wiesz, że mam jeszcze mecze. Wiesz, że nie mogę od tak wyjechać z Rzymu - uwolniłam się od jego ramion i podreptałam do kuchni. 
   - Wiem również to, że masz problemy z plecami i nie zagrasz do końca roku... - westchnęłam głośno.
    - Napijesz się czegoś? Nie gwarantuje jednak, że będę mieć to, co sobie zażyczysz - starałam się roześmiać, jednak z pewnością zamiast uśmiechu wyszedł mi grymas. 
      - Olimpia, przecież ty go nie kochasz, z resztą on też cię nie kocha - wyjął z moich dłoni czajnik elektryczny, by po chwili zalać dwie rozpuszczalne kawy, a następnie dolać do nich mleka, co było naszą odwieczną tradycją picia wspólnej kawy. - Nie potrafię dalej patrzeć na ciebie, jak ten dupek cię krzywdzi - stanął przede mną i nakazał spojrzeć w oczy. - Martwię się, że pewnego dnia on posunie się za daleko, że będziesz przez niego cierpieć - chwycił mnie za ramiona. - Oli, przecież ty możesz mieć każdego, więc dlaczego akurat  ten typ?
      - Bo go kocham...
     - Gówno prawda! - zaklął jeszcze pod nosem, odchodząc ode mnie. - Gdybyś go kochała, to nie pozwoliłabyś na to, żeby kiedykolwiek mieć wątpliwości, a wiem, że miałaś je wielokrotnie! Mnie nie da się oszukać, Olimpia! Za długo cię znam... - ubrał kurtkę, buty i wyszedł tak samo, jak wczoraj Simone, trzaskając drzwiami dokładnie tak samo, jak Włoch.
     Nie było żadnego, choć mocno pragnęłam tego, by byli obaj, śmiali i żartowali razem, a nie skakali sobie do gardeł, jak było to ostatnim razem, czy nie zamienili nawet słowa tak, jak dziś. Sama już nie wiedziałam, czy rzeczywiście dobrze postępuję, trzymając się boku Simone, będąc z nim nadal mimo tych wszystkich kłamstw, łez, smutków. Sebastian zdecydowanie miał rację, codziennie ma wątpliwości, czy nadal warto o niego walczyć i co raz to mu wybaczać. Martwiłam się jednak o obu, w końcu jeden nie zna miasta, a drugiego może nagle ktoś spotkać i narobić wstydu. W końcu ubrałam się, już miałam chwytać za klamkę, gdy usłyszałam dźwięk dzwonka, z po otworzeniu drzwi zobaczyłam przemokniętego Sebastiana. Nawet nie zorientowałam się z tego wszystkiego, że pogoda we Włoszech diametralnie zmieniła się. Bez słowa wpuściłam przyjaciela do łazienki, a po chwili podałam suche ubrania, w które poleciłam mu się przebrać, powiedziałam jeszcze, że czekam na niego w kuchni z gorącą herbatą i zostawiłam samego. Przez te kilka minut, które dłużyły mi się niemożliwie, starałam ułożyć sobie w głowie cokolwiek, na co pozwalało moje zamartwianie się dodatkowo Simonem. W końcu dostałam od niego sms-a, że pojechał do rodziców i nie wie, kiedy wróci, ale ma nadzieje, że Sebastiana już tu nie będzie, a ze mną jeszcze się policzy.
    - Nadal nie widzisz, że on cię nie kocha? - wspomniany wyżej dziennikarz pojawił się za mną i siłą rzeczy przeczytał wiadomość. Jego głos wyrażał współczucie, troskę. - Olimpia, proszę, wracaj ze mną do Polski chociaż na święta. Zostanę do jutra, zagrasz mecz, a wieczorem wsiadasz ze mną w samolot - przytulił mnie mocno, nie potrzebując już nawet mojego potwierdzenia, wystarczyły mu moje zaszklone oczy i ukryty w nich smutek. - Wszystko jeszcze się ułoży, zobaczysz.
      Tak jak mówił, tak również się stało. Zagrałam ostatni mecz w tym roku kalendarzowym, w klubie stawić miałam się dopiero drugiego stycznia. Potem oboje spakowaliśmy część moich rzeczy do jednej walizki, zapakowaliśmy to do mojego samochodu, ruszyliśmy na lotnisko, a stamtąd czekał nas już lot do Warszawy, do Polski, do rodziców, do przeszłości. Trzy lata temu wręcz uciekłam z kraju, nie chciałam być w miejscu, które mnie skrzywdziło, nie chciałam patrzeć na ludzi, którzy z dnia na dzień przestali się dla mnie liczyć. Początkowo miał być to jedynie rok, co najlepsze w Rosji, potem przyszła propozycja z Włoch, reszta sama się już potoczyła. Dobra gra, poznanie Simone, szybkie oświadczyny, podpisanie umowy na drugi sezon, gra w reprezentacji, a po powrocie pierwsze rozczarowanie, poważne kłótnie, wszystko zaczęło się sypać, straciło swoją magię. Może już wtedy powinnam podjąć radykalne kroki, powinnam zerwać z Włochem, może nawet już wtedy wrócić do Polski, zerwać kontrakt, przecież stać mnie na to! Jednak nic takiego nie miało miejsca. Jedno jest pewne, dopiero teraz, w momencie lądowania w stolicy, czuję, że żyłam w toksycznym związku, że nie miał on sensu, racji bytu. Dopiero teraz wiem, że od przyszłego sezonu chcę grać w Polsce, chcę być blisko rodziny, przyjaciół, może nawet zacząć nowe życie, może nawet bez narzeczonego, jednak oderwać się od Simona będzie niezmiernie trudno.
     - Oli, to najlepsze wyjście z możliwych, zaufaj mi.
    Nie miałam innej opcji, to było najlepsze rozwiązanie. Pragnęłam tego by zamknąć oczy i niejako przenieść się w czasie do momentu, gdy wszystko się już ułoży, a życie wreszcie pokryje się uśmiechem i radością moich bliskich i moim samym, kiedy będziemy wszyscy razem.



~*~


Maniek: A kto to wrócił? No proszę, proszę... obudził się Księżniczki! :)
Musicie nam wybaczyć z powodu tej przerwy, ale w życiu każdego człowieka przychodzi taki okres, który dopadł właśnie nas dwie. Nie identyczny, ale podobny, dlatego musiałyśmy zająć się swoim prywatnym, nieblogowym życiem, za co ogromnie was przepraszamy. Mamy nadzieje, że nie zniechęci was do czytania naszych wypocin, bo musicie przyznać, że zaczyna się dziać :)

Dzuzeppe: Moje Drogie, przepraszam z całego serca za swoją nieobecność zarówno u siebie na blogach jak i na waszych opowiadaniach. Jednak Maniek wyjaśniła już Wam, dlaczego tak się dzieje...
Mam jednak nadzieję, że to, co przyszło lub przyjdzie Wam czytać, zrekompensuje naszą nieobecność.
Przyznam się, że rozdział został dodany właśnie teraz, bo przeczytałam komentarz, że się na nas zawodzicie :(

Myślę, że już nie będziecie :)
Całuję :*

PS. Gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować, to zapraszam na gg - 15696793, ask - @Dzuzeppe, Twitter - @dzuzeppeee, Facebook - DzuzeppePisze

Zapraszam również na Słońce moje.. zniknęło... na drugi rozdział :)


wtorek, 23 grudnia 2014

1. "Co tym razem ten skurwysyn zrobił?"

     Rok 2029

      Nienawidzę takich momentów. Nienawidzę opuszczać gabinet lekarski z wiadomością "Niestety, ma pani poważną kontuzję, potrzebny jest czas. Nie może pani grać". Nienawidzę również niemiłego chirurga, który dziś to stwierdził, wypisał skierowanie na rehabilitację, receptę i kazał oszczędzać kręgosłup. Tylko przebij się przez zakorkowane miasto i staraj się oszczędzać kręgosłup. To chyba logiczne, że się nie da. Dopiero pół godziny później zaparkowałam samochód pod kamieniczką, w której mieszkam razem z narzeczonym. Pewnie nie zastanę go w domu, w jego przypadku to nic nowego, więcej go nie ma niż jest, jednak ja mam tak samo. Oboje jesteśmy gośćmi we własnym mieszkaniu, choć nadal jest ono naszym azylem, w którym jednocześnie dzieją się wspaniałe jak i okropne sytuacje. Jest ono świadkiem naszych radosnych śmiechów, ale i moich cichych nocnych płaczów, które nawiedzają mnie, gdy jest źle. Ulice miasta wreszcie powoli pustoszeją, ludzie docierają do swoich domów, mieszkań, drogi stają się luźniejsze. Zerkam raz jeszcze na usypiające miasto, które zarazem budzi się do nocnego życia i wchodzę do budynku, wspinam się po schodach na samą górę, otwieram drzwi i zastaję dokładnie ten sam widok, co rano.
    - Simone, znów nie posprzątałeś... - powiedziała zrezygnowana, zdejmując ciepłą kurtkę i buty. - Prosiłam cię o to rano... - spojrzałam zrezygnowana na narzeczonego, który leżał na kanapie i obżerał się pizzą. - Jesteś pieprzonym Włochem, Simone! Leniwym, zadufanym w sobie, chamskim Włochem! 
     - A ty myślisz, że kim jesteś?! - podniósł się gwałtownie zrzucając ze stolika sosy i resztki spożywanej potrawy. W jego oczach znów zapłonął ogień, jednak nie taki, który powodował we mnie ciarki podniecenia, jednak ten, którego zawsze się bałam, który mnie przerażał i powodował lęk, utratę poczucia bezpieczeństwa. - Gdyby nie ja, nie osiągnęłabyś nic! - gwałtownie znalazł się tuż przede mną, zaczął mierzyć mnie przeszywającym spojrzeniem.
     - Licz się ze słowami! W niczym mi nie pomogłeś! Do wszystkiego doszłam sama...
     - Jesteś tego pewna? - spojrzał głęboko w moje oczy, nachylając się nade mną. Sprawił, że się go bałam, nie wiedziałam, do czego może się posunąć. Dodatkowo czułam od niego alkohol. - Zapamiętaj sobie jedno... Jesteś zwykłą ładną panienką, nic nie wartą Polką! - odepchnął mnie na framugę prowadzącą do sypialni, a sam wyszedł z mieszkania, trzaskając mocno drzwiami.
     Cała energia ze mnie uleciała, nie miałam siły, by dalej stać i wpatrywać się w zamknięte drzwi, za którymi nikogo już nie było. Powoli osunęłam się po nich, dokładnie tak samo po moich policzkach popłynęły łzy, które wypalały ślady na mojej twarzy. Objęłam się ramionami, zaczęłam szlochać w rękawy ciepłej bluzy, jego bluzy, którą od dawna nosiłam tylko ja. Po chwili wstałam gwałtownie, zerwałam ją z siebie, nie potrafiłam czuć jego zapachu i nienawidzić go całą sobą za dzisiejsze, jak i wszystkie poprzednie słowa. Zebrałam się z podłogi, bluzę wrzuciłam w stronę łazienki, gdzie przemyłam wodą twarz, pozbyłam się resztek makijażu. Byłam wrakiem samej siebie, w niczym nie przypominałam dziewczyny, która jeszcze kilka lat temu uśmiechała się do pewnego blondyna, śmiała się do niego radośnie, obejmowała, całowała go delikatnie w usta, mierzwiła włosy. Całą przeszłość przekreśliła kariera, to ona zamknęła ostatecznie pewien rozdział w moim życiu. Na dalsze użalanie się nad sobą nie pozwolił mi dzwoniący telefon, którego początkowo nie potrafiłam zlokalizować, odnalazłam go dopiero na kuchennym blacie.
     - Tak? - pociągnęłam nosem, nadal czując oznaki płaczu
   - Olimpia... Płakałaś? - Sebastian jako jedyny potrafił zawsze odgadnąć w jakim jestem nastroju, kiedy płaczę, a kiedy cieszę się jak opętana. - Co tym razem ten skurwysyn zrobił? - wyczuwam, jak zmienia się jego nastawienie, w tym jestem równie dobra, co on.
   - To co zawsze... - więcej nie musiałam już mówić, nie raz już to wszystko słyszał, więc opowiadanie wszystkiego po raz kolejny było zbędne. - Nie wiem, co robić...
    - Przyjeżdżam jutro.
    - Słucham?!
    - Masz się spakować, bo jutro wracasz ze mną do Polski nie ważne, czy tego chcesz czy nie. Nie mogę patrzeć, jak ten pieprzony Włoch cię wykorzystuje i ciągnie w dół! - chciałam coś powiedzieć, już miałam otworzyć usta, ale mi nie pozwolił. - Nawet mi nie przerywaj, bo i tak mnie od tego nie odwieziesz. Do zobaczenia jutro! - rozłączył się, a ja miałam jeszcze bardziej wszystkiego dosyć, położyłam głowę na poduszce i zasnęłam.
     Obudziłam się po godzinie pierwszej z czystego złego przeczucia, że coś nadal jest nie tak. Przewróciłam się z boku na bok, modląc się w duchu, aby po drugiej stronie łóżka leżał Simone, jednakże nadzieja jest złudna, pogrywała sobie ze mną, zakpiła sobie ze mnie. Poduszka leżała wręcz w idealnym, nienaruszonym stanie, prześcieradło było prościutkie, a  jego kołdra walała się po podłodze, wycierając kurze. Zaczęłam płakać, wiedząc, że dzisiejsza noc znów będzie przeze mnie nieprzespana dokładnie tak samo, jak kilkanaście poprzednich oraz zapewne kilka następnych. Załamana swoim życiem i jednocześnie zrezygnowana wstałam wreszcie z łóżka, bo leżenie w nim potęgowało by moje złe samopoczucie, i ruszyłam do kuchni, gdzie najpierw zaparzyłam sobie malinową herbatę, a potem usiadłam na blacie pod oknem i obserwowałam otoczenie, nadal mając nadzieję, że za chwilę go zobaczę. W końcu chwyciłam za leżącą obok książkę lokalnego autora, której nie skończyłam czytać przy ostatnim takim ekscesie. Ostatnio czytałam bardzo dużo, przeważnie w takich chwilach, gdy wyczekiwałam z utęsknieniem Włocha. Czytanie pozwalało mi nie myśleć, w tej chwili zarówno o Simonie, jak i Sebastianie.
     Ogromnie starałam się na niej skupić, jednak nic z tego nie wyszło. Styl, w jakim była napisana oraz tematyka jak z ckliwej komedii romantycznej nie potrafiła do mnie dotrzeć i zaciekawić do tego stopnia, bym nie chciała jej odkładać. Minęło może zaledwie pół godziny, a mój organizm mimo wszystko nie domagał się snu, z resztą nie domagał się go w ogóle wtedy, gdy bałam się i martwiłam, rozmyślając, gdzie aktualnie znajduje się mój narzeczony i co się z nim dzieje, z kim przebywa, co dokładnie robi. Zeszłam z blatu, stąpając po zimnych płytkach przeszłam do salonu, książkę odłożyłam na komodę, a sama ułożyłam się na sofie, zwijając się w kłębek. Naciągnęłam jeszcze na siebie ciepły koc, by ogrzać swoje zziębnięte ciało. Włoska telewizja doskonale wiedziała, że normalni ludzie o tej porze dawno już śpią, emitując horrory, dla tych o mocnych nerwach, programy wróżbiarskie mówiące to, co chce się usłyszeć, teleturnieje no i oczywiście filmy pornograficzne, których było chyba najwięcej. Drodzy Państwo, witamy we Włoszech!
   - Kurwa! - zdenerwowana wyłączyłam telewizor i rzuciłam pilotem o podłogę, który roztrzaskał się na kilka części. Poczułam pulsowanie w skroniach z nadmiaru nerwów, a do oczu napłynęły łzy, które popłynęły strumieniem, gdy tylko pozwoliłam sobie przymknąć powieki i pomyśleć o sytuacji, w jakiej się znajduję
    "Po cholerę przyjmowałam tę ofertę z Włoch?!", "Dlaczego Bóg nasłał na mnie takiego mężczyznę?!", "Dlaczego każdy kolejny poniekąd mnie krzywdzi?!". Pytań było mnóstwo, jednak na żadne nie miałam jednej racjonalnej i konstruktywnej odpowiedzi. Przecież powinnam doskonale wiedzieć, czego chcę od życia, a czego powinnam się wystrzegać. Jestem człowiekiem, który tej umiejętności najwyraźniej nie opanował. Taki mój marny los...
    "Kochasz go! Życie byś za niego oddała, idiotko!" - w końcu pojawiła się taka myśl, wykreowana przez moją podświadomość, która próbowała mi to jakoś wytłumaczyć, jednak obie byłyśmy idiotkami, więc żadna nie potrafiła odnaleźć odpowiedniej odpowiedzi, dotyczącej moich emocji. Nimi kieruje się jedynie moje serce, jednak one nie zgadza się z podświadomością, a ja nie zgadam się ani z jednym, ani z drugim, stoję po środku, nie wiedząc, w którą stronę pójść.
    - Simone, proszę Cię, wróć... - wyszeptałam sama do sienie, niemalże krztusząc się własnymi łzami, nie pierwszy z resztą raz. Wyciągnęłam dłoń po telefon leżący na stoliczku obok kanapy, było grubo po trzeciej. Drżącymi palcami wystukałam mu wiadomość. "Ogarnij się i wracaj do domu, błagam Cię!". Gdy po chwili na ekranie pojawiło się powiadomienie "Dostarczono", byłam pewna, że nic więcej nie mogę zrobić, więc chwyciłam koc i powolnym krokiem ruszyłam do sypialni, gdzie po długiej walce z własnymi myślami udało mi się zasnąć, gdy już świtało, a Simone nadal nie było obok.



~*~



Maniek: W rozdziale mamy do czynienia z Simone, wrednym, chamskim, aroganckim, leniwym Włochem :) I prawdę powiedziawszy, nie lubię go. Mimo, że jestem współautorką bloga to tak nie lubię tej postać, ale nie ma co się nie zniechęcać, bo tacy Włosi-awanturnicy są zazwyczaj seksi :D Jak się okażę tym razem? Dowiecie się za jakiś czas ;)
Poza tym mamy Sebastiana, która okazuje się, że wie więcej o życiu prywatnym Olimpii, niż ona sama. Tylko czy to im obojgu wyjdzie na dobre?


Dzuzeppe: Maniek, jak to go nie lubisz? Będzie mu przykro :P
Z całego serca chciałybyśmy przeprosić Was, że rozdział pojawia się dopiero dziś, a nie tydzień temu, albo i wcześniej. Jednak musiałyśmy pisać rozdział od nowa, gdyż po prostu zniknął nam z własnego archiwum... :(
No ale nie ważne :)
Zapraszam Was serdecznie na początek mojej nowej historii!
Słońce Moje... Zniknęło

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, w chwili przerwy między obowiązkami a snem, 
chciałybyśmy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia, takie, o których same marzycie. 
Nie będziemy pisać czego Wam życzymy, powiemy jedynie to, żeby wszystkie wasze marzenia, myśli się spełniły, a wasze życia rozświetliły się blaskiem waszych uśmiechów :)
Wesołych Świąt!
A! I bogatego Mikołaja :D