sobota, 4 lipca 2015

4. "To byłoby magiczne uczucie."

      Powrót do kraju, to nie tylko powrót do Sebastiana, ale przede wszystkim powrót do rodziców, których ostatni raz widziałam pod koniec wakacji. Brakowało mi szczerych rozmów z mamą, spacerów po okolicy z tatą, godzin spędzanych na dworze z Mateuszem, który powoli stawał się mężczyzną. Miałam to, czego brakowało mi w dzieciństwie, kiedy tato jeszcze o mnie nie wiedział, kiedy mama nie miała odwagi mu powiedzieć. Nie mam jej jednak za złe tego, że nie zrobiła tego wcześniej, to był jej wybór. Może i przez ten czas straciłam najpiękniejsze lata z tatą, ale mama robiła wszystko, żeby mi go nie brakowało. Patrząc z boku na to, jaką wielką frajdę miał w momencie, gdy na świat przyszedł Mati, było mi smutno, jednak tato, od kiedy mnie poznał, nie pozwalał mi czuć się źle, nie okazywał tego, jak krótko mnie zna. Teraz jednocześnie cieszyłam się na spotkanie z nimi, jak i bałam się, że nadal mają mi za złe to, że przyjęłam oświadczyny Simona. Może nie mówili wprost, że go nie lubią, ale ja wiedziałam to, jedynie na nich patrząc. Widzieli mnie u boku kogoś innego, kto już dawno przestał na to miejsce pasować moim zdaniem. On był już dla mnie wspomnieniem.
      Sebastian uparł się, że pojedzie do Częstochowy razem ze mną, żeby spotkać się z moimi rodzicami, choć widuje ich częściej ode mnie. Nie dałam jednak rady, żeby przekonać go, że moja samotna podróż dobrze mi zrobi. Jeśli któreś z Ignaczaków się na coś uprze, to nie ma zmiłuj, nie wygrasz z nimi. Dodatkowo jeszcze Sebastian jechał ze mną jakby do pracy, w końcu już jutro hit Plusligi, więc wręcz musiał tam być. Takim oto sposobem w piątkowe popołudnie zapukałam do drzwi rodzinnego domu. Cholernie się bałam, sama chyba do końca nie wiem czego, w końcu chyba zdenerwowanie za zaręczyny nie trwałoby tak długo. Po chwili drzwi uchyliły się, usłyszałam radosne szczekanie Franka, a moim oczom ukazała się mama. Od razu wiedziałam, że złość, którą żywiła do mnie, minęła. Objęła mnie z całych sił, a po chwili poczułam silne ramię taty, obejmujące nas obie. Niekiedy, gdy byłam sama we Włoszech, żałowałam, że postanowiłam tam wyjechać, grać w siatkówkę, być z daleka od moich najbliższych. Brakowało mi rodziców, starego, schorowanego psa, rozwrzeszczanego brata, zwariowanego przyjaciela. Brakowało mi nawet wspomnień. Dlatego w tej chwili chciałam, żeby czas się zatrzymał, żeby było tak idealnie, jak jest teraz, żeby m wiedziała, że niczego nie psuję, nigdzie nie uciekam, nic mnie nie krzywdzi. Chciałabym móc mieć czarodziejską różdżkę i zaczarować świat, by już nikt, nigdy nie zepsuł mojego skomplikowanego świata jeszcze bardziej.
     - Witaj w domu córeczko.
     - Witaj tato.
    Razem z Sebastianem zostaliśmy przyjęci dokładnie tak samo, jak kilka dni wcześniej przez jego rodziców. Gdy tylko w domu pojawił się Mateusz, nie oderwał się do późnego wieczora od Ignaczaka, który w naszym domu czuł się naprawdę dobrze. Mężczyźni co jakiś czas poruszali temat jutrzejszego meczu, tato i młody ekscytowali się tak mocno, że razem z mamą śmiałyśmy się z nich, w końcu to tylko mecz, nawet nie mój, więc nie muszą go tak przeżywać. Nie spodziewałam się tego, że będą chcieli wyciągnąć mnie na ten pojedynek, nie chciałam w ogóle oglądać męskiej siatkówki, jednak to było niemożliwe, całe moje otoczenie nią żyło. Spojrzenie czterech par oczu utkwionych centralnie we mnie spowodowało, że musiałam się zgodzić. Nawet mama się ucieszyła, choć chwilę wcześniej namawiała mnie na wspólne zakupy w trakcie meczu. Kiedy proponowała mi bezcelowe chodzenie po sklepach, chciała się zapewne o wszystko wypytać, więc cieszyłam się, że nie będę musiała tłumaczyć się jej ze wszystkich swoich błędów, które niewątpliwie nadal popełniam. Nienawidzę kłamać, gdy rozmawiam z nią, jednak o pewnych sprawach z mojego życia wie tylko jedna osoba i na pewno nie jest nią mama. Nie potrafiłam powiedzieć jej o tym, jaka byłam głupia, jak potrafiłam się nieodpowiednio zakochać, jak czułam się potem upokorzona. Jednak nie żałuję niczego co wydarzyło się przed laty. 
     Po kolacji rozeszliśmy się do swoich sypialni. Długo przewracałam się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Cień światła padającego przez szybkę w drzwiach oświetlał regał, na którym stały moje statuetki, puchary, na tablicy korkowej przypięte wszystkie dyplomy i medale. Stało tam jeszcze coś, najmilsza pamiątka z czasów licealnych, pluszak z niebieskimi oczami, z napisem "Kocham Cię". W końcu nie mogłam już bezczynnie się na niego patrzeć, wstałam z miejsca, chwyciłam go w dłoń i wróciłam do łóżka. Tak, jak lata temu, położyłam się na boku z zabawką przy twarzy. Przez chwilę poczułam się tak, jakbym wróciała do tamtych lat, jakbym znów czuła te charakterystyczne perfumy, ten zapach ciała. Przysunęłam się do pluszaka, zamknęłam oczy. Zrobiłam coś głupiego, wyobraziłam sobie, że nie jestem sama, że On jest obok, że mnie obejmuje, całuje w czoło, że to wszystko, co się wydarzyło, nie miało nigdy miejsca, a my nadal jesteśmy razem szczęśliwi. Potrzebowałam tego, marzyłam o tym, pragnęłam tego. Jednak nie miałam nawet podstaw, by sądzić, że jeszcze kiedyś będzie tak wspaniale, jak wtedy.
    - Olimpia, musisz coś zjeść! - gdy tylko przekroczyłam drzwi do kuchni, mama od razu przypomniała mojemu żołądkowi, że  jest pusty. - Nie dość, że nie wstałaś na śniadanie, to nawet na obiad się spóźniłaś! - To fakt, była prawie 14, gdy spojrzałam na zegarek na lodówce. - Masz dwie godziny, potem już wychodzimy - zniknęła za drzwiami do piwnicy.
     - Witam śpiącą królewnę - Sebastian pocałował mnie w policzek. - Wszędzie dobrze, ale w domu śpi się najlepiej, prawda? - kiwnęłam jedynie głową, pochłaniając obiad. - Twój tato i Mateusz od rana sobie miejsca znaleźć nie mogą - zaśmiał się - a ty co? Olewasz sprawę - poczochrał mi włosy, zajrzał do lodówki, pochwycił pasterek sera i usiadł na przeciwko mnie.
    - Jestem brudna? - zaprzeczył. - Więc nie wiem, trzecie oko mi na czole wyrosło, że się tak przyglądasz?
     - Nie... Olka, On tam będzie.
     - Ja też tam będę - wstałam z miejsca. - Nie zamierzam rezygnować z miłej soboty spędzonej z rodziną i przyjacielem tylko przez to, że On tam będzie. To już przeszłość... - chciałam okłamać samą siebie? Może. Wyszłam z kuchni, podreptałam na górę i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia.
     Punktualnie na dziesięć minut przed rozpoczęciem pojedynku zasiadłyśmy z mamą na miejscach, tato i Mati stali przy płycie boiska i rozmawiali z trenerem Częstochowskiego AZS-u, Piotrem Gruszką. Być może na meczu jest jego córka, Marysia, która wystawia mi piłki w reprezentacji. Wzrokiem omiatam rozgrzewających się zawodników. Po częstochowskiej stronie widzę młodego Jarosza, Ruciaka, Czarnowskiego, Bartmana, ale też i Antka Winiarskiego, który rozwija się pod bacznym okiem naszych trenerów. Z wielką ciekawością zerkam na drugą stronę boiska. Młody Gruszka zagra dziś po raz pierwszy przeciw swojemu ojcu, do tego, Wlazły, Zagumny, Winiarski... Pożałowałam w ciągu jednej sekundy tego, że zechciałam w tym momencie spojrzeć na zawodników. Pożałowałam, bo spojrzałam w Jego oczy. Pożałowałam, bo On zrobił to samo. Pożałowałam, bo moje serce znów zabiło niebezpiecznie szybko, bo kąciki ust samoczynnie uniosły się do góry, bo poczułam, że wszystko znów wraca. Świat na chwilę przestał się liczyć, błękit jego oczu zmusił mnie do nieodrywania wzroku od tych przenikliwych tęczówek. Były magnetyczne, jakby jedyne na całej kilkutysięcznej hali. Może było to kilka sekund, może cała wieczność, zanim Świderski nie podszedł do Niego i przerwał jego rozgrzewkę. Może to wszystko było jedynie złudzeniem i tak naprawdę nie patrzył na mnie, a na kogoś siedzącego obok. Pewnie na siedzącą blisko mnie jego możliwą dziewczynę. Przecież to niedorzeczne, żeby poczuł się tak samo, jak ja. Oboje nie jesteśmy już zakochanymi w sobie gówniarzami, teraz jesteśmy dorośli, inni. Nic nie jest takie, jakie było. 
     Cały pojedynek od tego momentu toczył się jakby poza moją rzeczywistością, poza moim światem, którym stała się jego osoba, jego zachowanie, jego ataki, przyjęcia, serwy, obrony, bloki, a przede wszystkim jego błękitne oczy. Siedziałam na swoim miejscu, słyszałam stłumiony dźwięk, widziałam rozmazany obraz, miałam dreszcze, gdy tylko był przy piłce. Bałam się tego, co się ze mną dzieje, nie potrafiłam zapanować nad swoich zachowaniem, nie potrafiłam przestać skupiać na nim uwagi, nie chciałam wyrwać się ze świata marzeń. Nie zorientowałam się nawet, kiedy mecz zakończył się zwycięstwem gości, Jego zwycięstwem, Jego nagrodą MVP, Jego uśmiechem. Dopiero w tej chwili otrząsnęłam się, wstałam z miejsca, chwyciłam kurtkę, zeszłam na dół. Znałam tę halę, więc bez problemu dostałam się  do podziemi, w których są szatnie, ale i boczne wyjście. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, zamknąć się w pokoju, schować w swoim świecie. Chciałam, ale nie mogłam. Nawet nie wiem, kiedy ktoś objął mnie gwałtownie ramieniem, dłonią zakrył usta, otworzył jakieś drzwi i wciągnął do środka. Chciałam się wyrwać, jednak nie miałam szans nawet jako wysportowana kobieta, ten ktoś był silniejszy, większy, nie miał na sobie koszulki, a ja czułam ciepło, bijące od jego ciała.
     - Co ty tu robisz? - usłyszałam Go, był tuż obok mnie, stał naprzeciwko i lekko się uśmiechał. Wydoroślał. Kiedyś był jedynie wyrośniętym dzieciakiem, którego kochałam, teraz stał się mężczyzną, nie kościstym chłopaczkiem, ale mężczyzną. - Powiedz mi, skąd się tu wzięłaś?!
     - Myślisz, że już nawet na mecz nie wolno mi przyjść, bo co, bo mam zawsze ciebie unikać? Z jakiej racji? Bo co, bo mnie skrzywdziłeś? Bo musiałam przez ciebie wyjechać z kraju? Bo nie mogłam spać nocami? Bo całe moje dalsze życie uczuciowe to klapa? Bo mój narzeczony jest ze mną dla ładnej buźki? No odpowiedz mi, dlaczego mam cię unikać?! - Nie spodziewałam się tego, do czego się posunął. Nie spodziewałam, że zrobi coś dokładnie tak samo, jak lata temu. Nie podejrzewałam, że zrobi to teraz. Pocałował mnie, gwałtownie, mocno, zachłannie. Tak, jak nigdy wcześniej. Przyparł mnie do ściany, jedną dłonią skrępował moje ręce, drugą wplótł we włosy. Jednocześnie był cholernie stanowczy, pewny siebie, taki, którego jeszcze nie znałam. Jednak z każdą sekundą słabł, luzował uścisk, stawał się podatny na moje zachowanie. On, porządnie zbudowany mężczyzna, świetny siatkarz, twardziel. Oliwier Winiarski. - Czego ode mnie znów chcesz? - mój głos drżał, z oczu płynąć znów zaczęły łzy, nie miałam siły, żeby się wyrwać, nie chciałam nawet opuszczać jego ramion. - Oliwier, czego?!
      - Przepraszam... - puścił mnie, odsunął się, zsunął się w dół po ścianie, schował twarz w dłoniach. - Nie wiem, co się ze mną dzieje, Oli - był roztrzęsiony, na jego ciele pojawiła się gęsia skórka. Wydawał się, jak bezbronne dziecko, które nie potrafi ustawić wieży z kloców, nie wie, jak połączyć wszystkie elementy. Nie potrafiłam stać bezczynnie obok niego, nie mogłam patrzeć na płynące po jego policzkach łzy, nie chciałam sama się przy nim rozpłakać. - Kiedy zobaczyłem cię na hali... Oli, wszystko przestało się liczyć. Po każdej akcji miałem ochotę podbiec do ciebie, przytulić się, jednak musiały wystarczyć mi jedynie spojrzenia w twoją stronę, twoje nikłe uśmiechy... Przepraszam... - uklęknęłam przed nim, chwyciłam twarz w swoje dłonie, zmusiłam, żeby na mnie spojrzał.
      - To ja przepraszam, że dopuściłam do tego, żebyśmy się spotkali. 
    Przybliżyłam swoją głowę do jego czoła, oparłam swoje o to jego i spojrzałam w jego smutne, zaszklone oczy. Wyglądały jak ocean, nawet słabe oświetlenie w pomieszczeniu pozwalało mi doskonale widzieć w nich ból, smutek, rozpacz. Przymknęłam swoje powieki, dotknęłam nosem jego nosa, poczułam się jednocześnie wspaniale i okropnie. Odsunęłam głowę, spojrzałam jeszcze raz na niego, delikatnie musnęłam jego czoło. Chciałam go pocałować, jednak nie mogłam. To byłoby magiczne uczucie. Czujesz się wtedy, jakbyś był gdzie indziej, jakby otoczenie stało się rozmytą mgłą bez końca, jakbyś unosił się w powietrzu, te kilka centymetrów nad ziemią. Z czasem zaczynasz jednocześnie kochać i nienawidzić to uczucie. Zaczynasz, bo nie daje ci spokoju. Jak najszybciej podniosłam się z kolan, chwyciłam swoje rzeczy i wybiegłam, zostawiając go samego w pomieszczeniu.
       - Gdzie jedziemy? - usłyszałam pytania miłego, starszego pana z przodu pojazdu.
       - Na lotnisko.
     Nie spodziewałam się, że będę chciała to zrobić, nie potrafiłam sama siebie zrozumieć, że zdołałam się przyznać po tylu latach do tego, że go... kocham. Najgłupszą rzeczą, którą mogłam zrobić w tej chwili, było pocałowanie Go. Ale przecież jestem głupia. Przecież chciałam tego, więc gwałtowne przylgnięcie do jego drżących warg było mi potrzebne, jak tlen ogniu, jak woda i słońce roślinom. Jednak rośliny niekiedy usychają, tak jak ja teraz. W drodze do piekła, do Włoch.


                                       ~*~

Maniek: Wielki powrót? No może nie taki wielki, ale powrót jest :) Nie wiem czy jest nawet sens przepraszać, skoro już któryś raz z rzędu znikamy bez słowa, ale kultura tego wymaga i sama tego od siebie wymagam! Więc, przepraszamy z całego serca, że nas nie było :) Ale jesteśmy ludźmi, mamy prywatne zobowiązania, co nie oznacza, że nie tratujemy bloga na poważnie! Ja, osobiście, traktuję bloga jak formę rozrywki, dla was i dla siebie :) 
Poza tym, co tu się dzieje u Olimpii, z którą dawno się nie widzieliśmy? Mamy meczyk, mamy mężczyznę, rozterkę miłosną... hm? Typowe, czyż nie? :) Ale Ola to silna kobieta, z pewnością sobie poradzi :]

Dzuzeppe: Bo my już chyba tak mamy, że przerwa od pisania działa na nas mobilizująco ;) Nie gniewajcie się :* Piekło dla Olimpi to wyjazd do Włoch czy życie obok swojej miłości? Jak uważacie? Co czeka na nią we Włoszech, co czekać będzie na nią w Polsce, gdy już wyjedzie... To wszystko przed nami :P Całuję Was mocno i obiecuję, że teraz już wrócę, nie wiem, czy ktoś będzie chciał jeszcze czytać ale wrócę :*

Fanpage Dzuzeppe        Ask Dzuzeppe

niedziela, 8 marca 2015

3. "Nigdy nie uciekaj bez słowa, bo w przyszłości będziesz tego okropnie żałować..."

     Gdy wyjeżdżałam z Polski, chciałam jak najszybciej zamknąć za sobą wszystkie drzwi, wszystkie niedokończone sprawy. Nie potrafiłam spojrzeć niektórym ludziom w oczy, powiedzieć, że wyjeżdżam, że już więcej się nie spotkamy, nie zamienimy ze sobą choćby jednego słowa, nie złożymy życzeń na święta. Teraz jednak przyjdzie mi zobaczyć ich znowu, spojrzeć także w te znienawidzone niegdyś oczy, usłyszeć paraliżujący głos, poczuć raniący dotyk. Muszę jednak stawić czoła rzeczywistości, muszę pokazać, że z Olimpią Łomacz nie opłaca się zadzierać, że z nią się nie wygra. Aczkolwiek boję się wszystkiego, co może spotkać mnie najpierw w Rzeszowie, potem w Częstochowie, a potem w innych miejscach, w których zostawiłam niedokończone sprawy. Tak, jak nigdy nie lubiłam powrotów z wszelkiego rodzajów obozów do domu, tak teraz kompletnie nie wiem, co przyniesie mi los, jak powinnam przygotować się na każdą ewentualność, co odpowiadać na zadawane pytania, jednak w głębi duszy cieszę się, że dałam się przekonać na powrót.
      Sebastian uważnie prowadzi samochód, jednak znajduje ułamki sekund, by spojrzeć na mnie ukradkiem, uśmiechnąć się pokrzepiająco. Jest moim oparciem, moją motywacją, by wreszcie stanąć na nogach. Nawet teraz, w chwili, którą powinien poświęcać swojej narzeczonej, jest ze mną, bo chce mi pomóc, bo wie najlepiej, co jest dla mnie najlepsze, czego potrzebuję naprawdę. Nie raz ratował mnie z opresji, ukrywał w swoim świecie przed złem w postaci rodziców, nieodwzajemnionej miłości, przytrafiających się kontuzji, dosłownie wszystkiego, co nagle spadało na moje barki, a czego nie potrafiłam udźwignąć, czemu nie potrafiłam stawić czoła. Kilka lat temu zastanawiałam się, jakim cudem nie czuję do niego nic więcej poza ogromną przyjaźnią, której nie da się zrozumieć, jeśli nie jest się nami, jeśli nie zna się całej historii naszej znajomości, jeśli nie pamięta się wszystkich radosnych słów, jak i tych, które raniły najmocniej. Nikt nie zrozumie, jak wiele zmieniło się w nas samych, odkąd się poznaliśmy, jak mocno ewaluowały nasz poglądy, plany na przyszłość, cele życiowe, priorytety. Zmieniliśmy się cali my. Przeszliśmy drogę od niedojrzałych nastolatków do pewnych siebie, dorosłych ludzi, którzy nie stracili łączącej ich przyjaźni.
     - Brakowało mi ciebie, wiesz? - uśmiechnął się do mnie, stawiając przede mną niezdrowe jedzenie typu fastfood oraz parującą kawę. - Kiedyś wystarczyło zadzwonić i kilka godzin później już się widzieliśmy, a teraz... 
     - Sebastian, przecież, jak byłam we Włoszech, nic się nie zmieniło, również wystarczało kilka godzin i widzieliśmy się. - Upiłam łyk ciepłego napoju i zajrzałam do papierowej torebki z naszym pożywieniem. Nie miałam odwagi, żeby spojrzeć mu prosto w oczu, więc grzebanie w torebce było najlepszym wyjściem. - Poza tym, teraz jestem obok. Wykorzystajmy ten czas. Dzwoń do Magdy, żeby wolne sobie organizowała i jedziemy gdzieś! - ożywiłam się wreszcie, wpadając na pomysł wspólnego wyjazdu. Twarz młodego Ignaczaka rozjaśniła się, kąciki ust delikatnie uniosły się do góry.
      - Myślisz, że to dobry pomysł? Nasza trójka, jak za dawnych, dobrych czasów? - roześmiał się na wspomnienie wszystkich naszych wspólnych wojaży. 
     - Myślę, że to najlepsze rozwiązanie ze wszystkich możliwych - uśmiechnęłam się lekko. - A teraz zjedzmy to szybko, bo jeśli ktokolwiek nas zobaczy z takimi "smakołykami", to będzie niewesoło.
   Całą dalszą drogę, prowadzącą do Rzeszowa, spędziliśmy na rozmowie, śpiewaniu najnowszych hitów, które płynęły w radioodbiornika. Głos Sebastiana był do zniesienia, jednak ja współczułam mu, że musiał słuchać, jak nieudolnie staram się mu dorównać. Mam jedynie nadzieję, że zdołał przez te wszystko lata się już do tego przyzwyczaić i nie przestanie nagle mnie rozpoznawać na ulicy. Widząc jego twarz, całą rozpromienioną, pełną ciepła i radości, przestaję myśleć o czymkolwiek złym, co zostało we Włoszech, co teraz przestaje się liczyć. Dzięki prawdziwej przyjaźni jestem w stanie zobaczyć, jak wiele traciłam, jak bardzo byłam zaślepiona, jak wiele mnie ominęło. Ucieczka przed Simonem, bo tak to właściwie można nazwać, była jedynym dobrym rozwiązaniem, bym zobaczyła pozytywy wolnego życia, tych wszystkich chwil, gdy nikt mnie nie kontroluje, niczego nie wymaga. Myślę, że nigdy nie miałabym dosyć odwagi, żeby wyjechać bez słowa, żeby przekonać siebie samą, że to jest w danej chwili dla mnie najlepsze, że tego potrzebuję. Sebastian jest swego rodzaju moim aniołem stróżem, który pojawia się w odpowiednim momencie i chroni przed popełnianiem najgorszych w życiu błędów, jednak niekiedy i on nie daje rady zawsze być obok i mówić, co jest dobre, a co powinnam spisać na straty. Ale jest moim przyjacielem, osobą, którą kocham zupełnie inną miłością.
     Dosłownie godzinę później mogę wreszcie rozprostować kości pod rodzinnym domem Ignaczaków, w którym gościłam już nie raz. Wystarczyło kilka sekund, by w oknie kuchennym pojawiła się pani Iwona, a zza domu wychylił się pan Krzysztof. Na twarzach obydwojga małżonków malował się uśmiech, w końcu nie widzieli mnie już dość długi czas, ostatni raz byłam tu w zeszłe wakacje. Gdy tylko znaleźli się się obok mnie, nie mogłam uwolnić się z ich ramion. Ściskali mnie, żalili się, że za rzadko przyjeżdżam przed dobre kilka minut. Ignaczak tylko śmiał się, nawet nie starając się uwolnić mnie od swoich rodziców. Zostałam wyściskana, zaprowadzona do domu, usadzona przy stole i wręcz zmuszona do jedzenia, które swoim smakiem przypominało wszystkie te dania, które niekiedy jedliśmy razem z Simonem w ekskluzywnych restauracjach. Właśnie, Simone... Wydzwaniał do mnie, jednak Sebastian skutecznie utwierdzał mnie w przekonaniu, że przerwa między nami jest potrzebna, że jeśli panujące pomiędzy nami jest prawdziwe, to Włoch zrozumie moje zachowanie i sam przyjedzie po mnie. W tamtej chwili wyłączyłam również telefon, nie chciałam czytać przychodzących wiadomości czy powiadomień, ile to razy nadawca tego numeru chciał się ze mną połączyć.
      - Dominika będzie uradowana, jak cię zobaczy - pani Iwona postawiła przede mną talerz z ciastkami domowej roboty i zachęciła do skosztowania. - Dziś wieczorem powinna już być w domu po sesji. Za godzinę widzę was na kolacji! - uśmiechnęła się do mnie, wstała z miejsca i zostawiła mnie samą ze swoim synem w salonie. 
    - Twoja mama nic się nie zmieniła. Nadal jest tak samo rodzinna, gościnna, a dodatkowo zawsze wie, kiedy się ulotnić - usiadłam obok przyjaciela na kanapie i przytuliłam się do jego ramienia.
    - Tak to prawda... Olimpia, ty też się nie zmieniłaś - spojrzał prosto w moje oczy. - Doskonale pamiętam, dlaczego wyjechałaś. Dziś, gdy wyszliśmy z lotniska widziałem na twojej twarzy strach... 
     - Nie chcę o tym rozmawiać. Sebastian, to wszystko już dawno się skończyło, a teraz... - wstałam z miejsca, podchodząc do okna. - Nie potrafię wyobrazić sobie tej chwili, w której mogłabym go spotkać, poczuć, że jest tak blisko. 
      - Ola, nie możesz taż żyć, nie możesz uciekać przed przeszłością, wpadając w takie bagno we Włoszech... - podszedł do mnie i przytulił. - Twoje własne szczęście jest najważniejsze...
      - Dziękuję...
     Chwilę później do domu Ignaczaków zawitała Magda, przez co Sebastian był już dla mnie prawie nieuchwytny, jednak nie byłam na niego zła, cieszył się w końcu swoją narzeczoną, którą zostawił na kilka dni samą, by zająć się mną. Michalczewska jest wspaniałą kobietą, czasami zastanawiam się, jak taki łobuz, jakim był niegdyś mój przyjaciel, mógł ją w sobie rozkochać. Cieszę się z całego serca, że już niedługo zawitam na ich ślubie i weselu. Kiedy do domu zawitała również Dominika można było poczuć się, jakby przeszedł właśnie huragan. Wszędzie było jej pełno, wszystkim nam opowiadała o tym, jak jej idzie na studiach, których wykładowców nienawidzi, a którzy przypadli jej do gustu. Nie poszła w ślady swojego ojca, lecz bardziej w pasję matki, chce zostać dietetykiem. Na kolacji siedziałam jak zaczarowana, przyglądając się miłości płynącej od całej rodziny Ignaczaków, w tej chwili bardzo mocno tęskniłam za rodzicami, za Mateuszem. Dopiero dzięki ściskającej mnie za rękę dłoni przyjaciela te myśli odleciały ode mnie, a reszta wieczoru minęła w radosnej atmosferze.
     - Idziesz ze mną na spacer? - Dominika wychyliła się zza futryny, a razem z nią zarażający uśmiech. - No nie daj się prosić - weszła głębiej i usiadła na łóżku.
     - Nie mam ochoty, podróż mnie zmęczyła - położyłam głowę na poduszce.
     - Oj nie rób z siebie siedemdziesięciolatki - zaśmiała się. - Idziemy!
     Takim oto sposobem po godzinie dwudziestej trzeciej, gdy wszyscy domownicy rozeszli się do swoich sypialni, wymknęłyśmy się z młodą Ignaczakówką z jej rodzinnego domu. Rzeszów mimo upływających lat jest coraz piękniejszy i nowocześniejszy. Nawet obrzeża miasta, po których spacerujemy, są piękne. Obie idziemy w ciszy, jednak widzę, że Dominikę coś gryzie, że chce mi coś powiedzieć. Wydawać by się mogło, że trzy lata to dużo, jednak potrafię się z nią doskonale dogadać, tak samo, jak Sebastian potrafił niegdyś ze mną. Wiem, że musi sama zacząć rozmowę, jeśli o cokolwiek zapytam, nie powie nic, taka już jest. W końcu zatrzymujemy się pod sklepem czynnym całodobowo, a młoda wpada na pomysł kupienia czegoś do picia, bo na trzeźwo nic mi nie powie. Chwilę później zachowujemy się jak dwie gówniary, pijąc czerwone wino z papierowej torebki, siedząc na oparciu parkowej ławki. Brakowało mi tego we Włoszech, tej dziecinnej radości z życia, dziecinnego zachowania, chwili sprzecznej z prawem. We Włoszech musiałam dorosnąć, nie ważne, że psychicznie nie byłam na to gotowa.
     - Powiedz mi, jak sobie poradziłaś sama we Włoszech? 
  - Wiesz... Jakoś musiałam dać sobie radę. Nie było łatwo, wcześniej przecież nie wiedziałam, jak to jest żyć samemu, dbać o mieszkanie, rachunki, jedzenie... W gruncie rzeczy, nie było tak strasznie - uśmiechnęłam się. - Dlaczego o to pytasz?
   - Dostałam propozycję wymiany studenckiej w Berlinie, wszystko w zasadzie już czeka, muszę tylko podjąć decyzję, czy chcę jechać... - uniosła głowę i popatrzyła w niebo, które dzisiejszej nocy nie było pokryte najmniejszymi chmurkami. Nad naszymi głowami górował księżyc. - Jest jeszcze coś... dobra, ktoś... Znamy się dosłownie kilka miesięcy, nie jesteśmy nawet ze sobą, ale...
    - ...czujesz do niego zdecydowanie więcej niż powiedzmy przyjaźń? - dopowiedziałam za nią. Gdzieś z tyłu głowy zaczęły spływać wszystkie wspomnienia, o których przecież starałam się za wszelką cenę zapomnieć we Włoszech. Chyba zaczęła mi się przyglądać, jednak nie jestem tego pewna, bo sama wzrok utkwiłam w przestrzeni parku przed nami. - Domi, mogę dać ci tylko jedną radę... Nigdy nie uciekaj bez słowa, bo w przyszłości będziesz tego okropnie żałować. - Podniosłam się z ławki, wyrzuciłam butelkę po piwie do kosza, poprawiłam rozwiane przez wiatr włosy. - Wracajmy już.
      - Masz rację, wracajmy.
~*~


Dzuzeppe i Maniek: Wróciły, znowu! Jak zawsze po długiej przerwie. 
Przykro nam z tego powodu, ale do tego trzeba się chyba przyzwyczaić. 
Przepraszamy (jak chyba zawsze ☺), ale tak jak już wspominałyśmy, coś innego zawróciło nam w głowach, co odbija się na blogach. Nasza nieobecność usprawiedliwiona jest sprawami prywatnymi, zmianą priorytetów, brakiem czasu i po prostu wypaleniem! Mamy nadzieje, że jako blogerki postawicie się w naszej sytuacji i nas zrozumieć, no ale rozdział jest? Jest. Coś się dzieje? To zostawiamy do waszej opinii w komentarzach! :) Udzielajcie się, bo to bardzo motywuje do dalszej pracy!
Całujemy i gorąco ściskamy, D&M (wymyśliłam coś nowego, hehe ☺) ♥

poniedziałek, 2 lutego 2015

2. "Nadal nie widzisz, że on cię nie kocha?"

    Nie myślałam, że ta chwila kiedykolwiek nastanie, że przestanę czuć się dobrze przy Simonie, że zacznę bać się jego osoby, jego zachowania, że zapragnę zamknąć się w pokoju, jak minionej nocy, niż poczekać na niego, przeprosić za swoje zachowanie. Boże! Co ja mówię?! Przecież nie mam go za co przepraszać, jestem w stosunku do niego w porządku. Nie mam ochoty teraz nawet opuścić łóżka w sypialni, by ruszyć się do kuchni po cokolwiek na śniadanie. Nie miałam ochoty patrzeć na pewnie ledwo przytomnego, będącego na kacu narzeczonego. Kiedy tylko moje powieki podniosły się do góry zdałam sobie sprawę, że to będzie jeden z najgorszych dni. Czułam to, spodziewając się ze strony zarówno Sebastiana jak i Simona wszystkiego. Począwszy od padnięcia sobie w ramiona, jak para najlepszych kumpli, po olanie siebie na wzajem twarzy do tego stopnia, że ślady zostawałyby im na długo. Dlaczego nie mogę przespać tych chwil i obudzić się w chwili, gdy wszystko będzie już dobrze?
      Kiedy mam zamiar wreszcie zwlec się z łózka i opuścić pomieszczenie, słyszę dzwonek do drzwi, jednak wiem, że nie zdążę ich otworzyć, Włoch wstał kilkanaście sekund przede mną, więc to on pierwszy spojrzy w oczy Sebastianowi, bo tylko jego osoba może stać na klatce schodowej. Staram się jak najszybciej znaleźć się przy drzwiach, jednak i tak już nic nie wskóram. Obaj stoją twarzą w twarz i mierzą się spojrzeniem. Nie jestem jedynie pewna, który z nich pierwszy wybuchnie. W końcu aktor rzuca głośne "wychodzę" i opuszcza naszą dwójkę. Dopiero teraz mogę spokojnie spojrzeć na zafrasowaną twarz młodego Ignaczaka, który już za kilka miesięcy stanie na ślubnym kobiercu. Z Magdą, specjalistką od reklamy, którą zna od liceum, jest z przerwami już przeszło dziesięć lat. W między czasie było jeszcze kilka innych dziewczyn, jednak ta dwójka zawsze do siebie wraca, a teraz wreszcie wezmą ślub. Zazdroszczę mu tego, że znalazł kobietę swojego życia w liceum, że tyle już z nią przeżył, że niedługo staną się małżeństwem, będą mieć dzieci...
      - Olka, powiedz mi do cholery, co tu się wczoraj stało! - minął mnie w przedpokoju, usiadł na kanapie i zaczął patrzeć na mnie tym wzrokiem, którego bałam się najbardziej. Bałam się, bo wiedziałam, że wtedy Sebastian zawsze ma rację, że się o mnie martwi. - Martwię się - wstał na potwierdzenie moich słów, podszedł blisko i przytulił mocno do siebie. - Wróć ze mną do Polski na kilka dni, chociaż na święta... - wyszeptał w moje włosy.
     - Przecież wiesz, że mam jeszcze mecze. Wiesz, że nie mogę od tak wyjechać z Rzymu - uwolniłam się od jego ramion i podreptałam do kuchni. 
   - Wiem również to, że masz problemy z plecami i nie zagrasz do końca roku... - westchnęłam głośno.
    - Napijesz się czegoś? Nie gwarantuje jednak, że będę mieć to, co sobie zażyczysz - starałam się roześmiać, jednak z pewnością zamiast uśmiechu wyszedł mi grymas. 
      - Olimpia, przecież ty go nie kochasz, z resztą on też cię nie kocha - wyjął z moich dłoni czajnik elektryczny, by po chwili zalać dwie rozpuszczalne kawy, a następnie dolać do nich mleka, co było naszą odwieczną tradycją picia wspólnej kawy. - Nie potrafię dalej patrzeć na ciebie, jak ten dupek cię krzywdzi - stanął przede mną i nakazał spojrzeć w oczy. - Martwię się, że pewnego dnia on posunie się za daleko, że będziesz przez niego cierpieć - chwycił mnie za ramiona. - Oli, przecież ty możesz mieć każdego, więc dlaczego akurat  ten typ?
      - Bo go kocham...
     - Gówno prawda! - zaklął jeszcze pod nosem, odchodząc ode mnie. - Gdybyś go kochała, to nie pozwoliłabyś na to, żeby kiedykolwiek mieć wątpliwości, a wiem, że miałaś je wielokrotnie! Mnie nie da się oszukać, Olimpia! Za długo cię znam... - ubrał kurtkę, buty i wyszedł tak samo, jak wczoraj Simone, trzaskając drzwiami dokładnie tak samo, jak Włoch.
     Nie było żadnego, choć mocno pragnęłam tego, by byli obaj, śmiali i żartowali razem, a nie skakali sobie do gardeł, jak było to ostatnim razem, czy nie zamienili nawet słowa tak, jak dziś. Sama już nie wiedziałam, czy rzeczywiście dobrze postępuję, trzymając się boku Simone, będąc z nim nadal mimo tych wszystkich kłamstw, łez, smutków. Sebastian zdecydowanie miał rację, codziennie ma wątpliwości, czy nadal warto o niego walczyć i co raz to mu wybaczać. Martwiłam się jednak o obu, w końcu jeden nie zna miasta, a drugiego może nagle ktoś spotkać i narobić wstydu. W końcu ubrałam się, już miałam chwytać za klamkę, gdy usłyszałam dźwięk dzwonka, z po otworzeniu drzwi zobaczyłam przemokniętego Sebastiana. Nawet nie zorientowałam się z tego wszystkiego, że pogoda we Włoszech diametralnie zmieniła się. Bez słowa wpuściłam przyjaciela do łazienki, a po chwili podałam suche ubrania, w które poleciłam mu się przebrać, powiedziałam jeszcze, że czekam na niego w kuchni z gorącą herbatą i zostawiłam samego. Przez te kilka minut, które dłużyły mi się niemożliwie, starałam ułożyć sobie w głowie cokolwiek, na co pozwalało moje zamartwianie się dodatkowo Simonem. W końcu dostałam od niego sms-a, że pojechał do rodziców i nie wie, kiedy wróci, ale ma nadzieje, że Sebastiana już tu nie będzie, a ze mną jeszcze się policzy.
    - Nadal nie widzisz, że on cię nie kocha? - wspomniany wyżej dziennikarz pojawił się za mną i siłą rzeczy przeczytał wiadomość. Jego głos wyrażał współczucie, troskę. - Olimpia, proszę, wracaj ze mną do Polski chociaż na święta. Zostanę do jutra, zagrasz mecz, a wieczorem wsiadasz ze mną w samolot - przytulił mnie mocno, nie potrzebując już nawet mojego potwierdzenia, wystarczyły mu moje zaszklone oczy i ukryty w nich smutek. - Wszystko jeszcze się ułoży, zobaczysz.
      Tak jak mówił, tak również się stało. Zagrałam ostatni mecz w tym roku kalendarzowym, w klubie stawić miałam się dopiero drugiego stycznia. Potem oboje spakowaliśmy część moich rzeczy do jednej walizki, zapakowaliśmy to do mojego samochodu, ruszyliśmy na lotnisko, a stamtąd czekał nas już lot do Warszawy, do Polski, do rodziców, do przeszłości. Trzy lata temu wręcz uciekłam z kraju, nie chciałam być w miejscu, które mnie skrzywdziło, nie chciałam patrzeć na ludzi, którzy z dnia na dzień przestali się dla mnie liczyć. Początkowo miał być to jedynie rok, co najlepsze w Rosji, potem przyszła propozycja z Włoch, reszta sama się już potoczyła. Dobra gra, poznanie Simone, szybkie oświadczyny, podpisanie umowy na drugi sezon, gra w reprezentacji, a po powrocie pierwsze rozczarowanie, poważne kłótnie, wszystko zaczęło się sypać, straciło swoją magię. Może już wtedy powinnam podjąć radykalne kroki, powinnam zerwać z Włochem, może nawet już wtedy wrócić do Polski, zerwać kontrakt, przecież stać mnie na to! Jednak nic takiego nie miało miejsca. Jedno jest pewne, dopiero teraz, w momencie lądowania w stolicy, czuję, że żyłam w toksycznym związku, że nie miał on sensu, racji bytu. Dopiero teraz wiem, że od przyszłego sezonu chcę grać w Polsce, chcę być blisko rodziny, przyjaciół, może nawet zacząć nowe życie, może nawet bez narzeczonego, jednak oderwać się od Simona będzie niezmiernie trudno.
     - Oli, to najlepsze wyjście z możliwych, zaufaj mi.
    Nie miałam innej opcji, to było najlepsze rozwiązanie. Pragnęłam tego by zamknąć oczy i niejako przenieść się w czasie do momentu, gdy wszystko się już ułoży, a życie wreszcie pokryje się uśmiechem i radością moich bliskich i moim samym, kiedy będziemy wszyscy razem.



~*~


Maniek: A kto to wrócił? No proszę, proszę... obudził się Księżniczki! :)
Musicie nam wybaczyć z powodu tej przerwy, ale w życiu każdego człowieka przychodzi taki okres, który dopadł właśnie nas dwie. Nie identyczny, ale podobny, dlatego musiałyśmy zająć się swoim prywatnym, nieblogowym życiem, za co ogromnie was przepraszamy. Mamy nadzieje, że nie zniechęci was do czytania naszych wypocin, bo musicie przyznać, że zaczyna się dziać :)

Dzuzeppe: Moje Drogie, przepraszam z całego serca za swoją nieobecność zarówno u siebie na blogach jak i na waszych opowiadaniach. Jednak Maniek wyjaśniła już Wam, dlaczego tak się dzieje...
Mam jednak nadzieję, że to, co przyszło lub przyjdzie Wam czytać, zrekompensuje naszą nieobecność.
Przyznam się, że rozdział został dodany właśnie teraz, bo przeczytałam komentarz, że się na nas zawodzicie :(

Myślę, że już nie będziecie :)
Całuję :*

PS. Gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować, to zapraszam na gg - 15696793, ask - @Dzuzeppe, Twitter - @dzuzeppeee, Facebook - DzuzeppePisze

Zapraszam również na Słońce moje.. zniknęło... na drugi rozdział :)


wtorek, 23 grudnia 2014

1. "Co tym razem ten skurwysyn zrobił?"

     Rok 2029

      Nienawidzę takich momentów. Nienawidzę opuszczać gabinet lekarski z wiadomością "Niestety, ma pani poważną kontuzję, potrzebny jest czas. Nie może pani grać". Nienawidzę również niemiłego chirurga, który dziś to stwierdził, wypisał skierowanie na rehabilitację, receptę i kazał oszczędzać kręgosłup. Tylko przebij się przez zakorkowane miasto i staraj się oszczędzać kręgosłup. To chyba logiczne, że się nie da. Dopiero pół godziny później zaparkowałam samochód pod kamieniczką, w której mieszkam razem z narzeczonym. Pewnie nie zastanę go w domu, w jego przypadku to nic nowego, więcej go nie ma niż jest, jednak ja mam tak samo. Oboje jesteśmy gośćmi we własnym mieszkaniu, choć nadal jest ono naszym azylem, w którym jednocześnie dzieją się wspaniałe jak i okropne sytuacje. Jest ono świadkiem naszych radosnych śmiechów, ale i moich cichych nocnych płaczów, które nawiedzają mnie, gdy jest źle. Ulice miasta wreszcie powoli pustoszeją, ludzie docierają do swoich domów, mieszkań, drogi stają się luźniejsze. Zerkam raz jeszcze na usypiające miasto, które zarazem budzi się do nocnego życia i wchodzę do budynku, wspinam się po schodach na samą górę, otwieram drzwi i zastaję dokładnie ten sam widok, co rano.
    - Simone, znów nie posprzątałeś... - powiedziała zrezygnowana, zdejmując ciepłą kurtkę i buty. - Prosiłam cię o to rano... - spojrzałam zrezygnowana na narzeczonego, który leżał na kanapie i obżerał się pizzą. - Jesteś pieprzonym Włochem, Simone! Leniwym, zadufanym w sobie, chamskim Włochem! 
     - A ty myślisz, że kim jesteś?! - podniósł się gwałtownie zrzucając ze stolika sosy i resztki spożywanej potrawy. W jego oczach znów zapłonął ogień, jednak nie taki, który powodował we mnie ciarki podniecenia, jednak ten, którego zawsze się bałam, który mnie przerażał i powodował lęk, utratę poczucia bezpieczeństwa. - Gdyby nie ja, nie osiągnęłabyś nic! - gwałtownie znalazł się tuż przede mną, zaczął mierzyć mnie przeszywającym spojrzeniem.
     - Licz się ze słowami! W niczym mi nie pomogłeś! Do wszystkiego doszłam sama...
     - Jesteś tego pewna? - spojrzał głęboko w moje oczy, nachylając się nade mną. Sprawił, że się go bałam, nie wiedziałam, do czego może się posunąć. Dodatkowo czułam od niego alkohol. - Zapamiętaj sobie jedno... Jesteś zwykłą ładną panienką, nic nie wartą Polką! - odepchnął mnie na framugę prowadzącą do sypialni, a sam wyszedł z mieszkania, trzaskając mocno drzwiami.
     Cała energia ze mnie uleciała, nie miałam siły, by dalej stać i wpatrywać się w zamknięte drzwi, za którymi nikogo już nie było. Powoli osunęłam się po nich, dokładnie tak samo po moich policzkach popłynęły łzy, które wypalały ślady na mojej twarzy. Objęłam się ramionami, zaczęłam szlochać w rękawy ciepłej bluzy, jego bluzy, którą od dawna nosiłam tylko ja. Po chwili wstałam gwałtownie, zerwałam ją z siebie, nie potrafiłam czuć jego zapachu i nienawidzić go całą sobą za dzisiejsze, jak i wszystkie poprzednie słowa. Zebrałam się z podłogi, bluzę wrzuciłam w stronę łazienki, gdzie przemyłam wodą twarz, pozbyłam się resztek makijażu. Byłam wrakiem samej siebie, w niczym nie przypominałam dziewczyny, która jeszcze kilka lat temu uśmiechała się do pewnego blondyna, śmiała się do niego radośnie, obejmowała, całowała go delikatnie w usta, mierzwiła włosy. Całą przeszłość przekreśliła kariera, to ona zamknęła ostatecznie pewien rozdział w moim życiu. Na dalsze użalanie się nad sobą nie pozwolił mi dzwoniący telefon, którego początkowo nie potrafiłam zlokalizować, odnalazłam go dopiero na kuchennym blacie.
     - Tak? - pociągnęłam nosem, nadal czując oznaki płaczu
   - Olimpia... Płakałaś? - Sebastian jako jedyny potrafił zawsze odgadnąć w jakim jestem nastroju, kiedy płaczę, a kiedy cieszę się jak opętana. - Co tym razem ten skurwysyn zrobił? - wyczuwam, jak zmienia się jego nastawienie, w tym jestem równie dobra, co on.
   - To co zawsze... - więcej nie musiałam już mówić, nie raz już to wszystko słyszał, więc opowiadanie wszystkiego po raz kolejny było zbędne. - Nie wiem, co robić...
    - Przyjeżdżam jutro.
    - Słucham?!
    - Masz się spakować, bo jutro wracasz ze mną do Polski nie ważne, czy tego chcesz czy nie. Nie mogę patrzeć, jak ten pieprzony Włoch cię wykorzystuje i ciągnie w dół! - chciałam coś powiedzieć, już miałam otworzyć usta, ale mi nie pozwolił. - Nawet mi nie przerywaj, bo i tak mnie od tego nie odwieziesz. Do zobaczenia jutro! - rozłączył się, a ja miałam jeszcze bardziej wszystkiego dosyć, położyłam głowę na poduszce i zasnęłam.
     Obudziłam się po godzinie pierwszej z czystego złego przeczucia, że coś nadal jest nie tak. Przewróciłam się z boku na bok, modląc się w duchu, aby po drugiej stronie łóżka leżał Simone, jednakże nadzieja jest złudna, pogrywała sobie ze mną, zakpiła sobie ze mnie. Poduszka leżała wręcz w idealnym, nienaruszonym stanie, prześcieradło było prościutkie, a  jego kołdra walała się po podłodze, wycierając kurze. Zaczęłam płakać, wiedząc, że dzisiejsza noc znów będzie przeze mnie nieprzespana dokładnie tak samo, jak kilkanaście poprzednich oraz zapewne kilka następnych. Załamana swoim życiem i jednocześnie zrezygnowana wstałam wreszcie z łóżka, bo leżenie w nim potęgowało by moje złe samopoczucie, i ruszyłam do kuchni, gdzie najpierw zaparzyłam sobie malinową herbatę, a potem usiadłam na blacie pod oknem i obserwowałam otoczenie, nadal mając nadzieję, że za chwilę go zobaczę. W końcu chwyciłam za leżącą obok książkę lokalnego autora, której nie skończyłam czytać przy ostatnim takim ekscesie. Ostatnio czytałam bardzo dużo, przeważnie w takich chwilach, gdy wyczekiwałam z utęsknieniem Włocha. Czytanie pozwalało mi nie myśleć, w tej chwili zarówno o Simonie, jak i Sebastianie.
     Ogromnie starałam się na niej skupić, jednak nic z tego nie wyszło. Styl, w jakim była napisana oraz tematyka jak z ckliwej komedii romantycznej nie potrafiła do mnie dotrzeć i zaciekawić do tego stopnia, bym nie chciała jej odkładać. Minęło może zaledwie pół godziny, a mój organizm mimo wszystko nie domagał się snu, z resztą nie domagał się go w ogóle wtedy, gdy bałam się i martwiłam, rozmyślając, gdzie aktualnie znajduje się mój narzeczony i co się z nim dzieje, z kim przebywa, co dokładnie robi. Zeszłam z blatu, stąpając po zimnych płytkach przeszłam do salonu, książkę odłożyłam na komodę, a sama ułożyłam się na sofie, zwijając się w kłębek. Naciągnęłam jeszcze na siebie ciepły koc, by ogrzać swoje zziębnięte ciało. Włoska telewizja doskonale wiedziała, że normalni ludzie o tej porze dawno już śpią, emitując horrory, dla tych o mocnych nerwach, programy wróżbiarskie mówiące to, co chce się usłyszeć, teleturnieje no i oczywiście filmy pornograficzne, których było chyba najwięcej. Drodzy Państwo, witamy we Włoszech!
   - Kurwa! - zdenerwowana wyłączyłam telewizor i rzuciłam pilotem o podłogę, który roztrzaskał się na kilka części. Poczułam pulsowanie w skroniach z nadmiaru nerwów, a do oczu napłynęły łzy, które popłynęły strumieniem, gdy tylko pozwoliłam sobie przymknąć powieki i pomyśleć o sytuacji, w jakiej się znajduję
    "Po cholerę przyjmowałam tę ofertę z Włoch?!", "Dlaczego Bóg nasłał na mnie takiego mężczyznę?!", "Dlaczego każdy kolejny poniekąd mnie krzywdzi?!". Pytań było mnóstwo, jednak na żadne nie miałam jednej racjonalnej i konstruktywnej odpowiedzi. Przecież powinnam doskonale wiedzieć, czego chcę od życia, a czego powinnam się wystrzegać. Jestem człowiekiem, który tej umiejętności najwyraźniej nie opanował. Taki mój marny los...
    "Kochasz go! Życie byś za niego oddała, idiotko!" - w końcu pojawiła się taka myśl, wykreowana przez moją podświadomość, która próbowała mi to jakoś wytłumaczyć, jednak obie byłyśmy idiotkami, więc żadna nie potrafiła odnaleźć odpowiedniej odpowiedzi, dotyczącej moich emocji. Nimi kieruje się jedynie moje serce, jednak one nie zgadza się z podświadomością, a ja nie zgadam się ani z jednym, ani z drugim, stoję po środku, nie wiedząc, w którą stronę pójść.
    - Simone, proszę Cię, wróć... - wyszeptałam sama do sienie, niemalże krztusząc się własnymi łzami, nie pierwszy z resztą raz. Wyciągnęłam dłoń po telefon leżący na stoliczku obok kanapy, było grubo po trzeciej. Drżącymi palcami wystukałam mu wiadomość. "Ogarnij się i wracaj do domu, błagam Cię!". Gdy po chwili na ekranie pojawiło się powiadomienie "Dostarczono", byłam pewna, że nic więcej nie mogę zrobić, więc chwyciłam koc i powolnym krokiem ruszyłam do sypialni, gdzie po długiej walce z własnymi myślami udało mi się zasnąć, gdy już świtało, a Simone nadal nie było obok.



~*~



Maniek: W rozdziale mamy do czynienia z Simone, wrednym, chamskim, aroganckim, leniwym Włochem :) I prawdę powiedziawszy, nie lubię go. Mimo, że jestem współautorką bloga to tak nie lubię tej postać, ale nie ma co się nie zniechęcać, bo tacy Włosi-awanturnicy są zazwyczaj seksi :D Jak się okażę tym razem? Dowiecie się za jakiś czas ;)
Poza tym mamy Sebastiana, która okazuje się, że wie więcej o życiu prywatnym Olimpii, niż ona sama. Tylko czy to im obojgu wyjdzie na dobre?


Dzuzeppe: Maniek, jak to go nie lubisz? Będzie mu przykro :P
Z całego serca chciałybyśmy przeprosić Was, że rozdział pojawia się dopiero dziś, a nie tydzień temu, albo i wcześniej. Jednak musiałyśmy pisać rozdział od nowa, gdyż po prostu zniknął nam z własnego archiwum... :(
No ale nie ważne :)
Zapraszam Was serdecznie na początek mojej nowej historii!
Słońce Moje... Zniknęło

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, w chwili przerwy między obowiązkami a snem, 
chciałybyśmy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia, takie, o których same marzycie. 
Nie będziemy pisać czego Wam życzymy, powiemy jedynie to, żeby wszystkie wasze marzenia, myśli się spełniły, a wasze życia rozświetliły się blaskiem waszych uśmiechów :)
Wesołych Świąt!
A! I bogatego Mikołaja :D


sobota, 6 grudnia 2014

Prolog.

Rok 2023


   - Jesteś okropny! - po raz kolejny podczas obozu krzyknęłam w jego kierunku. Nienawidziłam go od pierwszego momentu, gdy tylko się spotkaliśmy. Już wtedy, te 5 lat temu na pierwszym wspólnym obozie wytknął mi, że mam na twarzy kilka piegów, blizny na kolanach i aparat na zębach. Wtedy nie byłabym w stanie się mu postawić. Teraz również jest to dla mnie ciężkie, przytłacza mnie. Jedno musiałam mu przyznać, wygląd odziedziczył zdecydowanie po swoim przystojnym ojcu, z którym niegdyś grywał tato. Lubiłam na niego patrzeć, gdy przyjmował piłkę z zagrywki, a potem atakował ją z dużą skutecznością. - Nienawidzę cię!
       - Bo co? Bo powiedziałem rozwydrzonej panience prawdę? - zrównał się ze mną, stając na przeciwko. By nadal mierzyć się spojrzeniem, musiałam zadrzeć głowę do góry. Wysoki również był po ojcu. - Ktoś musiał powiedzieć ci, że jesteś nieznośna, że się wywyższasz, a nie masz nawet prawa tego robić! Tutaj każdy jest równy, nawet ja, syn Mistrza Świata! - dźgnął cię w klatkę piersiową. - A to? - dotknął moich włosów, które z jasnego blondu podczas jednej nocy stały się rude i uniósł kilka kosmyków do góry. - To taki prezent ode mnie, Twojego Ulubionego Kolegi z obozu, Oliwiera... - zaśmiał się szyderczo, spojrzał mi prosto w oczy i odszedł. Zostawił z wielkim bałaganem. W pokoju. Na głowie. W sercu. Bo w gruncie rzeczy bardzo mi się podobał.
       Nie pierwszy raz przez niego płakałam. Nie pierwszy raz wyzywałam go w myślach. Nie pierwszy raz życzyłam mu tego, by pewnego dnia na treningu niefortunnie upadł i przekreślił swoje własne marzenia o karierze. Nie pierwszy raz zamykając oczy widziałam te niebieskie tęczówki, które ciskały we mnie gromy. Nie pierwszy raz powtarzałam sobie, że muszę zapomnieć, jednak nigdy mi się to nie udawało. Widzę go na każdym obozie, na każdych zawodach, na każdym meczu. Prześladuje mnie. Od zawsze nasi rodzice wiedzieli, że nigdy nie będziemy przyjaciółmi, że nigdy nie porozmawiamy ze sobą serdecznie, nigdy nie wymienimy dziękczynnego uśmiechu, a mimo to nadal zapisywali nas na te same obozy czy prowadzili do tych samych klubów. Nawet na meczach pierwszej drużyny Skry, w której niegdyś grali razem nasi ojcowie, musieliśmy zrządzeniem losu zawsze siedzieć obok siebie. Oboje się nienawidziliśmy, jednak nadal byliśmy na siebie skazywani. Nawet teraz, w drodze powrotnej do Częstochowy musieli połączyć nasze losy, sadzając nas obok siebie, bo oboje dostaliśmy dziwnym zbiegiem okoliczności karę. Oboje za nocne przesiadywanie na balkonie, oczywiście każde na swoim. Nigdy go nie widziałam na zewnątrz, ale również sama nie zawsze spędzałam tam czas do późnego wieczora. Niekiedy nawet czułam na sobie czyjeś spojrzenie, jednak nigdzie nikogo nie było. Albo ten ktoś nie chciał, bym go zdemaskowała.
      - Świetnie po prostu! - wzniósł dłonie do góry i usiadł obok, ledwo co mieszcząc nogi między siedzeniami. Oboje potrzebowaliśmy więcej miejsca. - Daj mi swoje nogi - rzucił po godzinie drogi.
        - Co? 
       - No połóż nogi na moich, a ja wyciągnę swoje pod twoimi i usiądę na skos. Obojgu nam będzie wygodniej - wyjaśnił od razu bez słowa zgryźliwości. To coś nowego!
    - No dobrze - szybko zmieniliśmy pozycję. Siedzieliśmy niemal zwróceni do siebie twarzami,  aczkolwiek nie utrzymywaliśmy kontaktu wzrokowego, tak jak zwykło to bywać wtedy, gdy się kłócimy. Czułam się niezręcznie, gdy jego dłonie trzymały moje kolana. W końcu jednak przemogłam to, starałam się odrobinę zdrzemnąć, odpocząć przed kontrolnym meczem. Nie spodziewałam się, że gdy tylko zamknę oczy, będzie się na mnie patrzył, na zwykłą dziewczynę, która po szkole chodzi z nim na treningi, którą spotyka codziennie rano i po południu, która zawsze ma swoje zdanie, którą od zawsze uwielbiał denerwować swoją obecnością. Najdziwniejsze, a zarazem najprzyjemniejsze było to, kiedy swoją kurtką okrył mnie, a sam męczył się ze zmęczeniem. 
        - Budzimy się... - usłyszałam jego głos tuż przy swojej twarzy, która z niewiadomego mi powodu znajdowała się zaskakująco blisko twarzy młodego Winiarskiego. - Jesteśmy w Częstochowie. - Zachowywał się dziwnie. Pomógł mi wyjąć walizki z autokaru, odprowadził pod sam dom, ciągnąc zarówno swoje jak i moje bagaże. Dał mi dziwne poczucie bezpieczeństwa, bo przecież była noc, a my maszerowaliśmy przez miasto skąpane w ciemnościach. Dopiero teraz zobaczyłam plusy z mieszkania na jednej ulicy. 
       - To do zobaczenia w szkole - wspięłam się na palce i delikatnie musnęłam jego policzek. Nie byłby sobą, gdyby nie ruszył głową. Nie raz widziałam takie scenki w szkole, kiedy to peszył takim właśnie zachowaniem i pocałunkiem dziewczynę. Ze mną mógł zrobić tak samo. Mógł mnie speszyć, jednak... Podświadomie wyczekiwałam tego momentu, z drugiej zaś strony próbowałam pozbyć się go z mojej głowy, gdy wyobrażałam sobie tę chwilę. To całkiem fajne uczucie. Takie inne niż wszystkie inne dotychczasowe, które uważałam za naprawdę miłe. Może nawet wyjątkowe? Nie czułam się, jakby unosiła się nad ziemią, jakby świat zaczął wirować, aczkolwiek rzeczywiście zrobiło mi się tak jakoś cieplej w środku, tak zwyczajnie poczułam się dobrze.
      - Olimpia, ja... Nie zobaczymy się od września w szkole.
      - Jak to? - zaśmiałam się. - Chcesz rzucić szkołę? 
     - Nie, nie o to chodzi - usiadł na swojej walizce, schował twarz w dłoniach. - Twoi rodzice są w domu?
     - Nie, pojechali po Mateusza do Warszawy - powiedziałam. - Chodź do środka, spokojnie porozmawiamy - przejechałam dłonią po jego włosach, całkowicie automatycznie. Oliwier podniósł wzrok i z uśmiechem wstał z miejsca, by ruszyć za mną. - Powiesz mi, co masz na myśli, mówiąc, że się nie zobaczymy? - spytałam, stawiając przed nim kubek z parującą gorącą czekoladą. Usiadłam na przeciwko niego przy stole i czekałam, aż zacznie cokolwiek mówić.
    - Od wrześnie będę już w Spale, tam skończę szkołę... Olimpia, ja mam już wszystko zaplanowane.
       - Nie mówiłeś nigdy, że...
       - Bo nie pytałaś - przerwał mi, wstając z miejsca. - Lepiej będzie, jeśli już sobie pójdę. Do zobaczenia kiedyś, Oli...
       - Do zobaczenia kiedyś, Oli...



~*~

Witamy!

Powracamy pobudzone, pełne energii i świeżych pomysłów! Towarzyszą nam nowe postacie, które możecie kojarzyć albo na pewno kojarzycie :) A jeżeli jesteście tutaj nowe to żaden problem, przecież możecie wrócić do naszej wcześniejszej twórczości
Czemu zaczęłyśmy sequel? Chyba dlatego, że Olimpia zawojowała naszymi, jak również Waszymi sercami! Nie chciałyśmy jej pozostawić w odłamkach internetu, chciałyśmy, żeby miała swoje własne show! Co prawda zrobiła je w pierwszej części, ale tutaj będziecie mieli bardziej obszerną wizję jej życia... 10 lat później od tego prologu i 15 lat później od pierwszej części :) Tutaj nie będzie jednak już tak bardzo kolorowo, a Olimpia nie będzie jedynie dzieckiem żyjącym wśród rozterek rodziców. Będzie dorosłą kobietą, siatkarką, zagubionym wśród życiowych problemów człowiekiem, uwikłanym w sieć różnych relacji między ludzkich. Jak to się skończy? Zapraszamy do śledzenia tej historii! :D
Publikujemy właśnie dziś, gdyż jest to dla nas szczególny dzień. Równo rok temu pierwsza część tej historii miała swój początek, to również były Mikołajki. Kto wie, może za rok, znów się tu pojawimy! :P
Ściskamy z całych sił w tę mroźną sobotę i mamy nadzieję, że zostaniecie tu z nami :D

Pozdrawiamy :*

Facebook - DzuzeppePisze

Ps. Jeśli chcecie być na bieżąco, polecamy wam wpisanie swojego numeru gadu, fb, aska, bloga do odpowiedniej karty :)

sobota, 27 września 2014

16. "Zrobiliśmy to, pokonaliśmy swoje troski, dotarliśmy do celu"

Grudzień, 2014



Czym jest walka? 


Ogromną siłą, dążeniem do zwycięstwa, drogą prowadzącą przez nierówny bruk, wspinaczką na najwyższy szczyt, pozbywaniem się własnych słabości, wmówieniem sobie, że założony cel jest możliwy do zrealizowania, pokonaniem bólu, strachu i własnych lęków? Każdy interpretuje walkę jako coś innego. Dla każdego symbolem walki jest inna cecha charakteru, dzięki której łatwiej jest zwyciężyć. Dla każdego walka przypisywana jest czemuś wyjątkowemu. Walka to zazwyczaj spektakularne widowisko ku uciesze zgromadzonej widowni, która dopingiem wspomaga swojego faworyta. Nie walczy się po to, by ponieść sromotną porażkę, ale po to, by wrócić z tarczą, z wieczną chwałą, z uwielbieniem tłumu. Walczący nie może patrzeć w tył, nie może litować się nad przegranymi, nad tymi, którzy zostają za naszymi plecami, którzy poddają się w połowie drogi do celu, którzy nie mają tyle siły, by dotrzeć do końca walki, którzy są niegodni tego, by stanąć na najwyższym stopniu podium.


Czym walka była dla Aleksandry, Olimpii i Grzegorza?

Była walką o szczęście. Walczyli wszyscy. Począwszy od chorej Oli, poprzez zatroskanego Grzesia, po Olimpie, która ściskała swoje drobne dłonie i nie pozwalała, by jej kochana mamusia kiedykolwiek zwątpiła w postawiony sobie cel. Bywało wiele dni, gdy Ola była na skraju zwątpienia, gdy całkowicie się załamywała, gdy nie wiedziała już, czy chce dalej walczyć. Jednak wtedy obok jej szpitalnego łóżka pojawiała się jej mała latorośl, chwytała za dłoń i powtarzała, że nie może się poddać, że musi walczyć, że nie może jej zostawić. Te słowa wlewały w nią energię, moc, siłę by walczyć, by dotrzeć do celu, by stanąć kiedyś na szczycie i powiedzieć "zrobiłam to, pokonałam swoje troski, dotarłam do celu". W chwilach, gdy było dobrze uwielbiała słuchać godzinami, jak dziewczynka opowiada jej, co w szkole, jak zagrał tata, co u cioci Ali i wujka Bartka. Uwielbiała słuchać pięknego głosiku swojego dziecka, uwielbiała widzieć uśmiechającego się Grzegorza i jego iskrzące się do niej oczy, uwielbiała zerkać ukradkiem w małe lustro w sali, gdy na jej szpitalnym łóżku z jednej z stron siedział rozgrywający, a z drugiej jej mała wierna kopia. Uwielbiała te chwile, bo czuła, że wreszcie tworzą prawdziwą rodzinę. Wiedziała wtedy, że się jej uda, że osiągnie wyznaczony sobie cel.



Jak to jest, osiągnąć wyznaczony sobie cel?


Dla każdego zwycięzcy stanie na najwyższym stopniu podium, na szczycie jest najlepszym uczuciem, jakie kiedykolwiek jest mu dane doświadczyć, jakie może ofiarować mu zadośćuczynienie za lata wyrzeczeń, trudu, drogi "pod górkę". Wytrwanie i dotarcie do wyznaczonego miejsca pozwala osiągnąć ten wymarzony stan, to uderzenie endorfin do mózgu, to ciepło i radość rozchodzące się po całym organizmie. Wyznaczony cel, to tylko metaforycznie nazwanie czegoś, czego ludzki mózg nie jest w stanie pojąć, czego nie jest w stanie sobie racjonalnie wytłumaczyć, czemu nie jest w stanie przypisać jednej i tej samej dla każdego definicji, czemu wyznaczony początkowo cel zmienia się w trakcie trwania drogi do niego w coś innego, co zmienia swoje priorytety. Jednak kiedy już osiągnie się to, co pierwotnie miało być sukcesem czuje się nieopisaną słowami radość, euforię, spełnienie. 



Jak to było, gdy rodzina Łomaczów osiągnęła swój wyznaczony cel?


Celem było wyjście z choroby, powrót do zdrowia, powrót do przeszłości, która mogła nigdy się nie skończyć, jednak czy wtedy dalej byliby tak mocno ze sobą związani, czy nadal potrafiliby okazywać sobie uczucia, czy nadal trwaliby jako rodzina, jak czynią to teraz? Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Stracili masę czasu, jednak te chwile, gdy walczyli wszyscy razem zdołały nadrobić cały stracony czas. Moment, w którym lekarz powiedział, to koniec pani walki, wygrała pani, wprowadził w ich życie euforię, radość, uśmiech. Pokazał im, że mogą być szczęśliwi, że zasługują na szczęście, że razem to szczęście mogą osiągnąć, że w każdej sytuacji będą mieć siebie, pomocną dłoń obok.



***


"Just say you love me, just for today"


Sierpień, 2015


Każdy człowiek ma swój niepowtarzalny i wyjątkowy dzień, który zapamięta do końca swoich dni. Dla niektórych jest to data narodzin dziecka, pierwsze spotkanie z najlepszym przyjacielem czy swoją miłością, śmierć bliskiej osoby. Dla nich najważniejszych dat jest kilka. Pierwsze wspólne spotkanie, narodziny Olimpii, ponowne spotkanie, przeszczep, powrót do zdrowia. Wreszcie dzień dzisiejszy, który na pewno dołączy do całej kolekcji wspomnień. Dziś staną się rodziną wobec Boga. Staną na ślubnym kobiercu i powiedzą sobie sakramentalne "tak". To dziś również przyjdzie im pokazać pierwszy raz tak szerokiemu gronu, że są ze sobą szczęśliwi i niczego, co się wydarzyło przez te kilka lat, odkąd byli młodymi, nie myślącymi gówniarzami, nie żałują. Podświadomie na tę chwilę czekali już od samego początku, od momentu pierwszego spotkania, gdy przez ich głowy przebłysnęła wizja dzisiejszego dnia, gdy zobaczyli swoje przeznaczenie, które udało im się po wielu niepowodzeniach osiągnąć.

Niepewność goszcząca w spojrzeniu, sposobie chodzenia, uśmiechu, mowie zdradzała ich nerwy, które były przeogromne, spotęgowane dodatkowo tłumem, który zdążył się już zgromadzić w kościele, do którego już za kilka minut mieli wejść, a wyjść już jako małżeństwo. Nie spodziewali się, że takie okoliczności wpłyną tak mocno na nich. Przecież to tylko ślub, zwykł mówić jeszcze kilka dni temu Grzesiek. Podpisanie papierka i po sprawie, odpowiadała mu Ola. Pan Jezus już wie, że się kochacie, bo nam ciebie zostawił mamusiu, wtórowała młoda Łomaczówna. To właśnie Olimpia trzymała ich jakoś w ryzach razem z wujkiem Maćkiem i ciocią Alą, którzy dzielnie piastowali rolę druhny i drużby pary młodej. Dziewczynka natomiast całą ceremonię spędziła między jednymi dziadkami a drugimi, których dopiero co poznała, lecz pokochała tak samo, jak tych, którzy niemalże wychowywali ją, gdy Ola uczyła się i studiowała. Dziewczynka wreszcie dostała to, na co zasługiwała od dnia swoich narodzin, aczkolwiek nie było jej to dane. Dostała szczęśliwą rodzinę, mamę i tatę, dwie babcie i dwóch dziadków, kilkanaście cioć i wujków, kuzynów, kuzynek i resztę rodziny.

- Tatusiu, a czy teraz będziesz mnie już do woli rozpieszczał? - Olimpia powiedziała na głos, gdy tylko jej rodzice opuścili budynek Kościoła.
- Nic się nie zmieni, dziecko! - pogroziła jej przed oczami Ola.
- Oj kochanie - Grzegorz ucałował swą żonę, by ta przestała już gadać. Przepuścił ją przodem, by wygodnie ulokowała się w limuzynie. - Pomyślimy nad tym, córeczko - wyszeptał na ucho swojemu dziecku, ucałował w czubek głowy i radośnie pozwolił jej na przedostanie się do środka pojazdu.

Ola słyszała wszystko doskonale, jednak nie miała serca, by przerywać chwile "tajemniczej" rozmowy między dwoma najważniejszymi osobami w jej życiu, nie wybaczyłaby sobie tego. Kochała tę dwójkę najbardziej na świecie. Mężczyznę już od ponad dziesięciu lat, a swoją młodszą kopię od momentu, gdy usłyszała, jak mocno i równo bije jej serduszko. Świadomość, że już za kilka miesięcy będzie mogła trzymać w ramionach drugiego malca, że jej mąż będzie mógł patrzeć, jak jej ciało zmienia się podczas ciąży, jak jej brzuch będzie rósł, jak maleństwo będzie wesoło się poruszać, a oni oboje będą to czuć, powoduje w niej nieopisaną słowami euforię, której od dawna już nie przeżyła. Wiadomość o drugiem dziecku chce przekazać swojemu mężowi w wyjątkowym momencie, kiedy spontanicznie o tym zadecyduje. Teraz najważniejszy jest dla  niej uśmiech wymalowany na twarzach córki i mężczyzny swojego życia.

Tak długo na to czekał, tak wiele lat musiało minąć, by wreszcie stanęli na ślubnym kobiercu, powiedzieli sobie sakramentalne "tak" i mogli już prawnie tworzyć rodzinę. Cieszyło go to, jak jego dwa najważniejsze skarby przytulają się do siebie, jak jego córka muska pocałunkiem policzek swojej matki. Oszalał na ich punkcie. Olę kochał od zawsze, nawet, gdy nie byli razem, długo nie mógł o niej zapomnieć, a wszystko inne kobiety zawsze były od niej gorsze. Olimpia znalazła swojej miejsce w jego sercu, gdy tylko stanęła w jego drzwiach z białym labradorem przy nodze i powiedziała, że jest jego córką. Z perspektywy czasu dziękuje sobie samemu, że uwierzył tej małej dziewczynce, że postanowił zająć się nią, zaopiekować i cierpliwie czekać, aż prawda wyjdzie na jaw, kto jest jej matką. Nie potrafi jednak wybaczyć sobie tego, że nie zdołał wcześniej wydedukować tego powiązania między dwoma paniami na literę O. 

Huczne przywitanie przez rodziców, głośne "sto lat" odśpiewane przez ponad dwustu weselnych gości, rozchodzące się na kilkaset metrów "gorzko, gorzko!", tradycyjny weselny rosół, a potem schabowy z ziemniakami, powtórne zbiorowe najlepsze życzenia, przyśpiewki zespołu, krążącego pośród kilku długich stołów, przy których zasiadają zaproszeni goście, rodzina, przyjaciele, śmiech Olimpii siedzącej chwilowo między swoimi rodzicami. To wszystko jest takie, jak wszędzie, jak na każdym innym weselu. Wreszcie następuje chwila na pierwszy wspólny taniec. Dwoje ludzi, którym nie są potrzebne już słowa, by okazać sobie uczucie, którym się darzą. Wystarczy im jedynie swoja własna obecność, spojrzenia prosto w oczy, splecione dłonie, usta pogrążone w pocałunku. Wszystko to jest ich własną, niepowtarzalną magią, której nikt nie jest w stanie im odebrać. 

- Będziesz tatusiem - wyszeptała wprost do ucha swojemu mężowi.
- Już nim jestem, kochanie - ucałował subtelnie jej usta. - Od ośmiu lat jestem ojcem Olimpii, choć wiem o tym od niespełna dwóch. Ale jestem również ojcem tego maluszka, który rozwija się tu, w twoim ciele - dotknął jej płaskiego jeszcze brzucha, uśmiechnął się i jeszcze raz ucałował jej wargi. 
- Jak? - Ola była jedynie tylko tyle powiedzieć, była w szoku.
- To, że nie było mnie ostatnimi czasy w domu, nie oznacza, że nie mam swojego małego sprzymierzeńca, który powie mi, że mama się źle czuje, że je wszystko za dwoje albo w rożnych kombinacjach. A dodatkowo widziałem, jak zachowywała się Ala w pierwszych miesiącach ciąży - uśmiechnął się uroczo, a po skończeniu się utworu poprosił o mikrofon i przekazał radosną wiadomość wszystkim zgromadzonym.




***




Lipiec, 2021


- Tak dawno nie byliśmy nigdzie sami. - Grzesiek szeptał wprost do ucha swojej żony, kiedy to leżeli w swoim łożu małżeńskim, Olimpia przebywała jeszcze na obozie siatkarskim, a Mateuszek na tygodniowych wakacjach z dziadkami nad polskim morzem. - Kocham Cię.
- Dziękuję, Grzesiu... - rozgrywający już miał otworzyć usta, by samemu podziękować, jednak małżonka szybko zamknęła mu usta pocałunkiem, a po chwili kontynuowała. - Dziękuję, że pojawiłeś się w moim życiu te kilkanaście lat temu, że namieszałeś w nim, że dałeś mi Olimpię, potem po latach Mateusza. Dziękuję nawet za te chwile, które przez ciebie przepłakałam, bo zmotywowały mnie do tego, by cię odnaleźć, powiedzieć prawdę, dać nam szansę. - W jej oczach zaczęły pojawiać się łzy. - Dziękuję za nieopisaną radość, a jednocześnie przeraźliwy ból, który rekompensowany był w momencie, gdy w moich ramionach lądowała Olimpia czy Mati. Bez ciebie nie byłabym w tym miejscu,  gdzie jestem teraz, nie byłabym tą samą osoba, jaką się dzięki tobie stałam, nie miałabym tak wspaniałej rodziny, gdybyś się wtedy nie pojawił. Zawdzięczam ci wszystko to, co osiągnęłam. - Przyciągnęła mężczyznę do siebie, wtuliła się w niego najmocniej, jak tylko potrafiła, a w myślach przemknęła jej myśl, że mogłaby w jego ramionach spędzić już każdą chwilę swojego życia, że mogłaby nawet w nich zamknąć oczy już na zawsze. Była pewna tego, że odnalazła swoje miejsce na Ziemi, nie ważne w jakim zakątku świata, ważne by trwać przy jego boku, w jego ramionach.

Hipnoza. To chyba odpowiednie słowo opisujące to wszystko, co już od kilkunastu lat dzieje się w ich duszach, sercach, umysłach. Tak wiele przeżyć, których nie da się zapomnieć, których nie da się samoistnie wymazać z pamięci. Tysiące emocji kłębiących się w ich relacji przez szmat czasu, który przetrwali razem jak i osobno. Miliony ukradkowych spojrzeń, które z początku peszyły, by później dodawać odwagi, pewności siebie, uśmiechu na twarzy. Ironia losu. Przecież kiedyś ledwo ukradkowo spoglądali sobie w oczy, a teraz robią to codziennie rano, po południu, wieczorem, późno w nocy, uwielbiają tę formę bliskości. Miłość była w stanie pokazać im prawdziwe wartości w życiu, była w stanie przedstawić rodzinę na pierwszy plan i kazać to o nią walczyć do końca. Miłość przesłoniła im wszystkie wspólne troski i smutki, na które nie mieli wpływu, jednak razem łatwiej było im je rozwiązać. To skarb mieć obok osobę, która potrafi cię zrozumieć, pomóc, ochronić w swoich ramionach. Skarbem są oni sami, jak i dwoje dzieci, które zrodziły się z wyjątkowego uczucia swoich rodziców. Uczucia, które jest w stanie przetrwać już chyba wszystko...



***

The End?

***

Witamy :D
No właśnie, czy to jest już koniec? 
Nie chcemy Wam tego zdradzać, jednak już na tygodniu dowiecie się wszystkiego.
Olimpia zrobi Wam niespodziankę, jak to ma w zwyczaju.
Maniek kazała napisać, że 3/4 treści napisana jest przez Dzuzeppe, ale chyba to przemilczymy :P Najważniejsze jest to, że obie dotrwałyśmy do końca tej historii, że jest to już nasz kolejny wspólny projekt i że wreszcie po półtora roku znajomości możemy publikować dla Was ten wyjątkowy post razem, DOSŁOWNIE! :D

Wyjątkowo stało się tak, że chyba obie nie uronimy ani jednej łzy z powodu publikacji epilogu no chyba, że ze śmiechu, który wzajemnie słyszymy :D

Dziś przyszło nam coś zakończyć, jednak nasze głowy nie mają tego w zwyczaju.
Dlatego chciałybyśmy podziękować Wam wszystkim za słowa otuchy w komentarzach, 
za obecność razem z nami podczas tych trudnych dni, gdy musiałyśmy pisać rozdziały, 
a pomysłów nie było oraz przepraszamy, że rozdziały nie były regularne, 
że potrafiłyśmy rozciągnąć publikację 17 wpisów na 11 miesięcy :P
Tak jakoś wyszło xD

Rozpiera nas energia, radość i euforia z powodu czegoś, o czym Wy jeszcze nie wiecie :D
Nie wiemy już co pisać, co obie zgodnie stwierdziłyśmy xD

Oczekujcie nas jeszcze razem, bo my się nie skończyłyśmy jeszcze, 
o czym się jeszcze dowiecie :D
No ale paple jesteśmy :D

Ściskamy, Całujemy, Pozdrawiamy,
Maniek&Dzuzeppe


DzuzeppePisze  /  Ask.D.   /  Ask.M. /  Popiwczak

niedziela, 20 lipca 2014

15. "On mimo wszystko nadal cię kocha! Ba! Ciebie i Olimpię..."

Ola. 

Całe święta spędziła z córką na spacerach po górach i jeździe na nartach na ośnieżonych trasach. Doskonale pamięta, jak lata temu była razem z Grześkiem na szkolnym wyjeździe w góry, kiedy jeszcze to nie byli razem. Pamięta, jak nieśmiało próbował nauczyć ją jeździć, jak dziwnie było mu trzymać ją za ręce, jak uciekał spojrzeniem, gdy tylko zerknęła w jego oczy. Tak bardzo chciałaby wrócić do tamtych lat. Wie jednak, że te beztroskie lata już nie wrócą, że nigdy nie będzie już tak doskonale, jak było przez te kilka tygodni spędzonych z Grześkiem w kończącym się za kilka dni roku. Nie wróci już jego zaufanie, czułość, przede wszystkim miłość, którą znów ją obdarzył. Serce mówi, że powinna wrócić, szczerze z nim porozmawiać. Rozum jednak każe zostawić go w spokoju i przestać mieszać w życiu.

- Przyjedziesz na Sylwestra z Małą do Gdańska? - słyszy radosny głos Maćka w telefonie. Z jednej strony uśmiech wpływa na jej usta, z drugiej do oczu napływają łzy. - Będą rodzice, poznasz moją dziewczynę... Olka, nie możesz wiecznie się ukrywać...
- Przyjadę. Muszę zmierzyć się wreszcie z tym, co sama nawarzyłam. Musze wyjaśnić wszystko Grześkowi - pozwala, by pojedyncze  łzy spływały po jej twarzy.
- Właściwie, to ja z nim rozmawiałem...
- O czym? - jej brat milczy, teraz nie ma odwagi, by się odezwać. - Maciek, co mu powiedziałeś?! - wręcz krzyczy do telefonu, budząc córkę
- Opowiedziałem mu o tym, jak byłaś w ciąży, jak sobie radziłaś... Powiedziałem mu, że jesteś chora... Olka, on jeździł po Warszawie i Gdańsku i cię szukał! On mimo wszystko nadal cię kocha! Ba! Ciebie i Olimpię...
 - Maciek, przestań, proszę... Przyjdę do ciebie, do rodziców, ale proszę nie mów o tym nikomu, niech to będzie nasza tajemnica...
- Ola...
- Proszę...
- No dobrze, nikomu nie powiem.

Z lekko wyczuwalnym uśmiechem siada na swoim łóżku w wynajmowanym razem z córką pokoju w góralskim pensjonacie. Czuje ciepło wypływające z serca, gdy jej mała kopia wbiega do pokoju z córką właścicieli oraz Frankiem i wesoło opowiada jej, co dziś robiła. Tak bardzo chciałaby widzieć swoje dziecko każdego dnia z tak pięknym uśmiechem na twarzy. Chciałaby móc zobaczyć, jak biega z ojcem po parku, jak przytula się do niego z całych sił, jak przytula się do ich obojga. Po chwili matka drugiej dziewczynki zaprasza ją i Olimpię na kolację, więc chwyta swoją córeczkę za rękę i schodzi do jadalni, gdzie od dobrych kilku chwil Franek pałaszuje już swoją karmę. Fizycznie czuje się źle, psychicznie jeszcze jakoś daje radę. Ma w końcu dla kogo być silna. Po posiłku zostawia córkę w dobrych rękach właściciela pensjonatu, a sama wychodzi na zewnątrz z psem. Puszcza go, by mógł pobiegać, a sama siada na drewnianej ławce w altanie. 

- Ola, chcesz porozmawiać? - dosiada się do niej Agnieszka, właścicielka miejsca, w którym znajduje się z dzieckiem. - Widzę, że nie jesteś taka radosna, jak za każdym razem, gdy tu przyjeżdżałaś. Chcę ci jakoś pomóc...
- Myślę, że nikt nie jest w stanie mi pomóc, jeśli ja sama sobie na początku nie pomogę... - rozkleiła się i po raz pierwszy powiedziała prawdę o Olimpii, o Grześku, o ich "znajomości". Nie pomijała również szczegółów, dlaczego postanowiła powiedzieć Łomaczowi prawdę. Chciała jedynie, żeby jej dziecko miało ojca. Przecież myślała, że to wszystko potoczy się jakoś inaczej...
- Przecież ty go nadal kochasz... Nigdy nie przestałaś. 
- Ale on mnie nienawidzi - westchnęła, spoglądając na biegającego Franka. - Jutro wracam do Gdańska! - wreszcie to zrobiła. Zadecydowała, czego chce. Nie obchodzi ją to, że Grzesiek może nie chcieć z nią rozmawiać. Ważne jest przecież to, że ona go kocha, że chce zawalczyć, dla siebie, dla córki, dla niego samego.
- Jesteś mądrą kobietą, Olu...

Wszystkie rzeczy spakowała w niespełna godzinę, kiedy to jej córka smacznie już spała. Kiedy wszystko było już spakowane wreszcie mogła położyć się obok córki i Franka, zamknąć na chwilę oczy i pomyśleć, jak to wszystko rozegrać. Przecież nie zapuka tak zwyczajnie do Jego drzwi i nie rzuci mu się w ramiona. Musi porozmawiać z nim na spokojnie. Dotknęła dłonią jej czoła, po chwili delikatnie je pocałowała. Zasnęła, a jej myśli i sny były już w Gdańsku, układały swoje własne scenariusze rzeczywistości, która czeka na nią w mieście Neptuna. Z samego rana spakowała walizki do samochodu i ruszyła z Olimpią do miejsca, które spokojnie nazwać może domem. Dziewczynka była zaskoczona, jednak uśmiech na jej ustach utwierdzał Olę w przekonaniu, że to odpowiedni czas i odpowiednia decyzja, że tylko w ten sposób odbuduje wszystko, co potrafiła zburzyć do ruin.


Grzesiek.

Większość ludzi w Polsce jest zabiegana w poszukiwaniu strojów, dodatków czy miejsc na zabawę sylwestrową. Biegają po galeriach handlowych, wydają masę prezentów, którymi spokojnie zrobiliby drugą wigilię. Irytuje cię widok ich uśmiechniętych twarzy, gdy musisz przebywać wokół nich. Bartek wyciągnął cię na siłę z mieszkania. Ledwo co wróciłeś od rodziców, ledwo co "odpocząłeś" po świętach, ledwo co starasz się podnieść po załamaniu, bo jesteś sam, bo nie ma Oli i Olimpii. Nie mogłeś mu jednak odmówić, jest twoim przyjacielem, kimś kto cię rozumie i zawsze wspiera tak samo jak Ala. Nie pomyślałby jeszcze kilka tygodni temu, że dwójka jego najlepszych przyjaciół stworzy związek, który będzie go cieszył, a oni sami będą tacy szczęśliwi. Gawryszewski przechadza się pomiędzy sklepowymi półkami z alkoholem, który zostanie wykorzystany już podczas jutrzejszego wieczoru i nocy. Ty snujesz się za nim, jak cień samego siebie i odpowiadasz na jego pytania.

- Olka się odezwała? - pyta w końcu, zastanawiając się jakiego i ile sztuk szampana wybrać. Zabawnie wykręca głowę, jakby wszystko wyliczał w pamięci. Nie wątpisz w jego zdolności matematyczne, jednak i tek pewnie znów czegoś zabraknie, jak rok temu, gdy przypadła wam obu z siatkarskiego kręgu ta sama rola kupienia szampana i innych napoi wyskokowych.
- Do mnie nie - pakujesz razem z nim kilka butelek do koszyka na kółkach. - Od Maćka wiem, że obie są bezpieczne, że gdzieś wyjechały, nikt nie wie gdzie, że Olka musi wszystko sobie sama poukładać. - Bartek dalej przemieszcza się alejkami.
- I ty tak spokojnie na to reagujesz? - zatrzymuje się nagle, jakby dopiero zrozumiał twoje słowa. Mało co na niego nie wpadasz. - To w ogóle do ciebie nie podobne - wzdycha ruszając w kierunku "lekkich" alkoholów dla pań. - Jeszcze miesiąc temu rozszarpałbyś ją na strzępy, a teraz tak spokojnie o niej mówisz... - przegląda różnego rodzaju alkohole, z których część wpada do koszyka. - A co będzie, jak obie wrócą do Gdańska? - spojrzał wreszcie na ciebie.
- Nie wiem, co będzie - westchnąłeś pchając wózek w kierunku kas. - To wszystko? - wskazałeś na wasze zakupy. 
- Tak, możemy iść do kasy.

Po odwiezieniu całego ekwipunku do klubu, w którym odbędzie się wasza impreza sylwestrowa dla innych siatkarzy, koszykarzy, innych trójmiejskich sportowców, sponsorów, czy zwykłych gości organizowana przez kluby sportowe, odwozi Bartka pod mieszkanie Ali, a sam wraca do swoich pustych kątów, gdzie nikt na niego nie czeka. Wieczorem, gdy leży już w łóżku przychodzi do niego SMS. Jakiś anonimowy numer, więc nawet go nie odczytał. Przekręcił się na drugi bok i zasnął licząc na to, że nadchodzący rok będzie lepszym od poprzedniego. Jego myśli odpłynęły daleko, sen zawładnął nad organizmem. Rano budzi się choć w drobnej mierze wyspany i w lepszym nastroju. Sięga po telefon i śledzi kolejne linijki tekstu, który wczoraj został ci przysłany.


"Tatusiu, tu Olimpia i Maciek. Jesteśmy z Mamą 
w Gdańsku. Napiszę jutro. Kocham Cię Tatusiu."

Wyzywa się od najgorszych w myślach, że wczorajszego wieczora zignorował tę wiadomość, że nawet jej nie przeczytał. Nie wie, co ma robić, jak się zachować, może powinien zerwać się z łóżka, wybiec z domu? Tylko co to da, skoro nie wie, gdzie są, gdzie zatrzymały się dwie najważniejsze mimo wszystkich sytuacji kobiety jego życia. Mieszkanie było wynajęte tylko na ten miesiąc, więc tam nie będzie ich na pewno. Jest w czarnej dupie, musi czekać i liczyć na pomysłowość i litość swojej małej córeczki. Snuje się po mieszkaniu, próbując ułożyć sobie w głowie to, co może się wydarzyć dziś, jutro, a może za kilka dni? Po upływie kilku kolejnych godzin, a braku kolejnych wiadomości zaczyna szykować się do imprezy sylwestrowej. Kiedy ma już zamiar zakładać pantofle i płaszcz otrzymuje kolejną wiadomość. 


"Tatusiu, idź na bal i czekaj na wskazówki."

Wychodzi z mieszkania, wsiada w zamówioną taksówkę i udaje się do hotelu nad samym brzegiem Bałtyku. Dociera na miejsce, gdzie widać już tłum ludzi. Wysoki budynek w renesansowym stylu z pięknym ogrodem zasypanym teraz śniegiem. Oświetlonym milionem małych choinkowych jasnych lampek chodnikiem zmierza ku wejściu. W środku jest równie imponująco niż na zewnątrz. Człowiek jakby cofał się w czasie o kilkaset lat. Odnajduje stolik przeznaczony dla siatkarzy, zajmuje swoje miejsce, zaczyna zabawę.
"Bardzo dobrze tatusiu. Jeszcze kilka godzin. 
Baw się, a i ja, wujek i mama będziemy szczęśliwi."

Bawi się, tańczy z partnerkami swoich kolegów, zaprasza do tańca inne kobiety, których nie zna. Spełnia życzenie swojej córki. Który ojciec postąpił by inaczej? On stara się być najlepszym. Najlepszym na jakiego go stać. Najdłużej tańczy jednocześnie ucinając sobie pogawędkę z Alą. W końcu znają się już 6 lat, jest jego przyjaciółką, nie raz pomagała mu w trudnych chwilach, czy też ratowała tyłek.Jest dla niego jedną z najważniejszych osób, więc powiedział je o wiadomościach, o tym co przeczuwa. W końcu przed samą północą postanowił opuścić lokal i wyjść na świeże powietrze.


"Plaża Tatusiu. Światła zaprowadzą cię do domu..."

Poszedł w tamtym kierunku. Czuł się, jakby dziewczynka obserwowała go z góry, jakby znała jego drogę, zanim sam po niej stąpnie. Wreszcie poczuł pod bytami zmieszany ze śniegiem piasek. Plaża była kompletnie pusta. Zauważył jedną małą świeczkę. To jakiś znak, pomyślał. Czym prędzej zaczął rozglądać się wokół siebie. Gdzieś nad miastem zaczęły wybuchać już pierwsze próbne fajerwerki. Dostrzega w oddali kolejną świeczkę, a za nią inne. Wręcz biegnie mijając kolejne. W końcu dostrzega trzy postacie. Dwie z nich oddalają się, uśmiechając się do niego, zostaje jedna. Ona. Ola. Podchodzi bliżej, śnieg skrzypi pod jego stopami.

- Przecież mieliście już wracać do domu... - dziewczyna odwraca się do tyłu, zauważa go. Grzesiek widzi zaskoczenie na jej twarzy, widzi lęk.  - Skąd wiesz? - pyta jakby w otoczenie nawet na niego nie patrząc. - Olimpia i Maciek prawda? - całkowicie odwraca się od niego, patrzy w morze. - Ukartowali to, tylko że ja chciałam się z tobą spotkać! - głos zaczyna jej drżeć, tak samo jak ciało. Chłopak stoi jednak nadal niewzruszony. - Chciałam wszystko ci wyjaśnić...
- Ola - przerywa jej, podchodzi bliżej i chwyta za ramiona. - Kochasz mnie? - Każdy wie, że odpowiedzi na takie pytanie są dwie, jednak trudno którąkolwiek wypowiedzieć dziewczynie. - Proszę, powiedz, że mnie kochasz, że zaczniesz leczenie, że już nigdy więcej mnie nie opuścisz, ani nie zostawisz mnie i Olimpii... Obiecaj!
- Obiecuję, Grzesiu...



~*~*~Maniek: Mamy z Dzuzeppe przeskok czasowy, bo w opowiadaniu jest Sylwester a my mamy wakacje, dlatego też nie ma rozdziałów tak często :( Ale odwdzięczymy się następnym razem ;) 
Czy sądzicie, że Olimpia wraz z Maćkiem to niezłe połączenie? Jak dla mnie świetne :D Nie wspominając o głównej parze, Grzesiu i Oli :]
Pozdrawiam :*


Dzuzeppe: Przepraszam ze swojej strony za obsówę ;)
Zapraszam: Żądza Osiemnasta. i Pytania.
Całuję :*